«

»

sie 08

Wspomnieniowo: wielka ucieczka Skwarka

Dawno, dawno temu… chociaż wcale nie aż tak dawno, bo działo się to roku pańskiego dwa tysiące dziewiątego.
Były to czasy, kiedy byłam świeżo upieczoną (obchodziliśmy właśnie pierwszą wspólną półrocznicę) właścicielką Skwarka. Ujeżdżaliśmy się wtedy obydwoje pod okiem Doroty Urbańskiej. Skwary w tym roku przymierzał się do kwalifikacji na MPMK (zagrywające go oczka wyrobił i finalnie we wrześniu zawitał do Książa), zatem całkiem sensownym było wcześniejsze obstartowanie go, aby zaznajomił się z wyjazdami, zmianą stajni, występami na zupełnie nieznanym czworoboku itd.
Na początku maja wybrałyśmy się zatem na ZO do Radzionkowa. Skwarek śmigał wtedy rundę N, która zresztą w tamtych czasach miała dość wymagające programy (np. serpentyna o 6 zakrętach z kontrgalopami czy wolta 8 metrów w galopie).

IMG_0377

Jak to na wyjeździe, Skwarek skwierczał okrutnie. Wszystko go podniecało i nakręcało, nie sposób było go chociaż trochę zmęczyć, a poranne spacery w ręku i 1,5 godziny rozprężania przed konkursem spływało po nim zupełnie. Pierwszej nocy wykopał w swoim boksie metrowej głębokości dół, z którego powyciągał i porozrzucał spore kamienie, po czym z lubością pakował się do środka. Może liczył, że uda mu się uciec podkopem? 😉 Chciałam pomóc mu chociaż trochę się wyluzować, więc drugiego dnia zawodów, tuż po kolacji zabrałam delikwenta na trawę. Skwar pofurczał, pokręcił się, ale wykrzesał w sobie trochę zainteresowania zielenią i zaczął skubać (bo oczywiście w boksie siano i musli nie interesowały go wcale). Gniady memłał sobie trawki, do czasu, kiedy jeden z uczestników zawodów – nazwijmy go na potrzeby wpisu Mariuszem 😉 – odpalił tuż za Skwaroniem motor…
Pooooszedł…! Skwar, nie motor oczywiście. Na nic nie zdała mi się lonża, jej koniec przypalił mi tylko lekko rękawiczki i przemieścił się razem ze Skwarkiem 😉 W stajni poruszenie, rzucamy się błyskawicznie odłowić konia: ja, trenerka i Mariusz, mocno przejęty powstałym ambarasem. Skwara już ledwo widać, ale w porządku, kieruje się w stronę padoków. Gdzieś tam się będzie musiał zatrzymać, a przecież cały ośrodek jest ogrodzony solidną metalową siatką na dobre 180 cm, no to przecież jej nie sforsuje. W tym momencie Skwarkowi zapaliła się czerwona lampka: co, JA nie sforsuję??!?

Tutaj przyda się krótki plan sytuacyjny 😉
plan

Skwar wbiegł za padoki, zobaczył przed sobą korytarz, którego jeden bok tworzyły ogrodzenia padoków, a drugi – ogrodzenie ośrodka. Gdzieś tam na końcu ogrodzenia majaczyła bariera… Skwary zebrał się w sobie, przyspieszył, wyliczył odbicie… i skoczył. Przefrunął wysoko nad ogrodzeniem, zostawiając na nim po drodze lonżę (karabińczyk rozleciał się w drzazgi i puścił), po czym wylądował na polu i zdecydował się kontynuować bieg przełajowy…
Kiedy we trójkę dopadliśmy do ogrodzenia, gdzieś na horyzoncie było już tylko widać powiewający Skwarkowy ogon. Cóż zrobić, gonimy…! Oj, nie było łatwo przedostać się przez ogrodzenie sporo wyższe ode mnie 😆 Jakoś dzięki wzajemnemu podsadzaniu się i przerzucaniu na drugą stronę udało nam się pójść w ślady Skwarka i wylądować za płotem. Pędzimy przez orne pole na przełaj, mijamy miedzę, jakieś drzewka, zaorane kartoflisko… Jest wreszcie! Gniady dalej się bawi w folbluta i galopuje tak, jakby za chwilę miał w Pardubicach minąć linię mety. Gonimy za nim, zziajani… Oho, czyżby nas wreszcie zauważył! Chyba zawraca!

Skwar spojrzał do tyłu i dostrzegł pościg. Odbił w bok i okrążył goniących go piechurów ogromnym kołem. Po chwili drugim… Te koła zaczął zacieśniać, zmniejszać, z każdym kolejnym podbiegając bliżej, opuszczając coraz bardziej szyję i oblizując wargi, aż w końcu wycentrował tak, że zatrzymał się prosto przed nami z szelmowskim błyskiem w oku. Toż to prawie jak join up 😆 Aż nie do wiary, że nikt z nas nie miał kowbojskiego kapelusza na głowie 😉

IMG_3208
Nie odważyliśmy się jednak zaufać naturalistycznym zapędom Skwaroga i po odłowieniu delikwenta zaczęliśmy się rozglądać za jakimś kawałkiem linki, na którym Skwaronia można by było zabrać w drogę powrotną, bo w pośpiechu nikt niczego podobnego nie zabrał. Już się liczyłam z koniecznością wyskoczenia ze sznurówek 😎 kiedy okazało się, że Dorota ma bawełniany pasek od spodni. Dobra nasza, może być i pasek 😉

Drogi powrotne były dwie, jedna tuż obok trasy ekspresowej z pędzącymi tirami (tak przy okazji, jak to dobrze, że Skwar nie zdecydował się tam właśnie sobie pobiegać…), a druga, dłuższa, na którą się zdecydowaliśmy – przez pobliską wieś. Wieś tylko z nazwy, bo zaludnioną od dawna przez miastowych. Ot, taka wieś, na której nikt dawno krowy czy kury nie widział. Prowadzony na pasku koń okazał się być niezłą atrakcją, a że pora wypadła godziwa (wczesny sobotni wieczór, jasno i ciepło), to i mieszkańcy wsi spędzali czas w przydomowych ogródkach, oczywiście zaciekawili się koniem i błyskawicznie sformowali towarzyszący nam orszak. Teraz wyobraźcie sobie taką procesję: z przodu ja z Mariuszem, za nami Dorota prowadząca Skwaronia na pasku od spodni, chwila odstępu, potem grupa dzieci na trójkołowych rowerkach, dalej sporo młodzieży na wszystkim co się rusza (rolkach, rowerach, deskach i nogach) i w końcu cały pochód zamknięty przez zaciekawionych tym zbiegowiskiem dorosłych. To już chyba cesarze rzymscy miewali mniej udane tryumfy, niż Skwary powrót do stajni 😆 W całym tym obrazku brakowało już tylko czerwonego, rozwijanego z przodu dywanika 😉

IMG_2449

Skwarek w stajni trafił na myjkę na przegląd, ale poza kilkoma zadrapaniami na pysku wyszedł ze swojej eskapady zupełnie bez szwanku. Żeby mu chociaż jakaś noga podpuchła, ale gdzie tam – pancerny jak czołg z II wojny światowej! 😈 Oczywiście cała ekipa zawodów żywo się wypytywała o przygody i samopoczucie „szalonego mustanga”, od razu oferując swoją ewentualną pomoc :)

A na następny dzień… Skwarek był po prostu szczęśliwy. Świeży, wypoczęty, wreszcie wybiegany, w końcu wyżyty i luźny, nie skwierczący. Poszedł konkurs fantastycznie (był to niewątpliwie czworobok jego życia), wyrabiając notę ponad 67% (a był to najwyższy wynik tego dnia zawodów). Pamiętam, że po przejeździe podeszła do nas sędziująca konkurs Pani Anna Piasecka. Popatrzyła na Skwarka, pokiwała głową, i uśmiechnęła się do nas: „No, dziewczyny, muszę przyznać, że macie bardzo kontrowersyjne metody treningowe. Ale za to skuteczne!” 😆

7 comments

Skip to comment form

  1. Sylwia

    hahahhahahah, co za histroria….. 😀
    Kto by pomyślał, że z niego taki rozrabiaka?

  2. rybka

    Dorota to chyba specjalistka od eskapad wyjątkowych 😉 Na swoim blogu pisze też o siwku i taranowaniu krów…. cóż siwek obecnie leciwy, ale nadal ma bystre oko na krowy ;))) Skwar zaś jak widać „marnowany” talent skokowy 😀

    1. quanta

      On chyba wykorzystał cały swój życiowy talent skokowy na tą jedną przeszkodę po prostu 😆

  3. Ewelina

    Super opowieść aż się popłakałam ze śmiechu wyobrażając sobie Skwarka forsującego ogrodzenie.

  4. Ania

    A podobno wszystkie Twoje konie to kaleki skokowe… Jak widać długi najazd w odpowiednim tempie czyni cuda. 😉

  5. Natalia

    Aż się popłakałam ze śmiechu, świetna historia! 😀

  6. Natalia

    Skwar wesoły chłopak, chciał sobie pobiegać uwolnic w sobie dzikiego mustanga. Może był to patent na odstresowanie i odskwierczenie Skwara na jeden dzien konkursów :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *