«

»

maj 09

Wchodzenie do przyczepy

Kiedy tak sobie na co dzień pracujemy z koniem pod siodłem, snując – albo nie 😉 – plany o startach na zawodach, możemy zapomnieć o jednej ekstremalnie ważnej rzeczy. Na te zawody trzeba będzie z koniem jakoś dojechać!
I niestety w wielu wypadkach temat wchodzenia do przyczepy wiąże się ze stanem podgorączkowym u właściciela i zawałowym u konia. Włos dęba staje, kiedy napotykam na historie o wielogodzinnych walkach z koniem, wywrotkach na trapie, urwanych językach…
Cały ten stres i strach u biednego zwierzaka jest zupełnie niepotrzebny i ma tylko jedną przyczynę: nieznane. A wystarczy nieznane zmienić w poznane i oswojone, by koń będzie pakował się do przyczepy jak do boksu.

Jak do boksu? Mowy nie ma! Chyba sobie żartujecie:
IMG_8233

To naprawdę jest umiejętność, której nie warto bagatelizować. Wystarczy, żeby zaistniała potrzeba natychmiastowego transportu konia do kliniki… Kolka, poważne zranienie. Każda minuta się liczy i nie można sobie pozwolić na długotrwałe negocjacje. Sama byłam kiedyś w sytuacji, kiedy konieczność transportu konia zaistniała nagła i pilna. Jakieś 1,5 miesiąca po tym, jak kupiłam Skwarka, w socjalnej części stajni, w której wtedy mieszkaliśmy, wybuchł pożar. Konie ewakuowane z budynku – ale masa dymu, wozy straży pożarnej, hałas i rozgardiasz – najlepiej byłoby wszystkie zwierzęta wywieźć do sąsiedniej stajni, gdzie panuje spokój. Skwarek był wtedy na etapie takim, że błyskawicznie do przyczepy wchodził, a potem jeszcze szybciej się z niej wycofywał. Stajenny, najwyraźniej mocno zdekoncentrowany kryzysową sytuacją, nie zabezpieczywszy belki za zadem konia próbował domknąć Skwara trapem. Skwar wrzucił wsteczny… Nie ma takiej siły, żeby utrzymać podniesiony trap ze stojącym na nim koniem. Cała ta konstrukcja wypadła stajennemu z rąk – prosto na nogę. I kolejna tragedia – nie dość, że pożar, to jeszcze wijący się z bólu facet z paskudnie złamaną nogą wymaga transportu do szpitala… Horror!

Oj nie jest to dobry pomysł, żeby wejść do środka – lepiej trzymać dystans:
IMG_8236
Dlatego naprawdę warto przepracować na spokojnie temat przyczepy i mieć konia, który zapakuje się do środka szybko i pewnie, zawsze i w każdych okolicznościach.

Co jest niezbędne, aby nauczyć konia wchodzenia do przyczepy?

Parę rekwizytów, takich jak przyczepa zaparkowana w bezpiecznym miejscu, koniecznie ochraniacze transportowe i rozgarnięty pomocnik. A co poza tym?

1. Przede wszystkim czas. Po pierwsze, nie od razu Rzym zbudowano – nie należy liczyć, że po jednej sesji szkoleniowej uda się osiągnąć trwały efekt. Są konie, które same pakują się do przyczepy, zastanawiając się przy tym po co te wszystkie ceregiele (jak chociażby moja Cebulka), a są takie, które powtórzyć sesję z ładowaniem będą musiały kilkanaście, albo kilkadziesiąt razy. Lepiej mając w planach weekendowy wyjazd nie zaczynać pierwszej lekcji zaufania do przyczepy w czwartkowy wieczór 😉
Po drugie, warto zaplanować odpowiednią ilość czasu na same sesje. Jeśli zdarzy się podprowadzać konia do przyczepy godzinę – trudno! Ja przełamywanie pierwszych lodów ze strasznym trailerem planuję albo na dzień zupełnie wolny dla konia od treningów, albo tak układam harmonogram, żeby absolutnie nie musieć spoglądać na zegarek. Wszelki pośpiech może zniweczyć szanse na osiągnięcie sukcesu. Nerwy, że „tyle czasu już tutaj stoimy, a nie wlazł jeszcze” – tym bardziej. Koń musi mieć czas, żeby coś spokojnie przemyśleć. Zapamiętać. Zrozumieć. Nie uczymy go tak naprawdę wchodzenia do przyczepy – bo koń chodzić umie od pierwszych chwil swojego życia 😉 Uczymy tego, że przyczepa nie jest straszna, jest normalna, a czasem po prostu pojawia się na końskiej drodze.
Chyba nie muszę wspominać, że optymalnie jest uczyć konia wchodzenia do przyczepy nie wożąc go przy tym nigdzie. Ot, cel osiągnięty, z przyczepy wychodzimy, idziemy odpoczywać do boksu, albo relaksować się na trawkę. Na to również warto zaplanować trochę dodatkowego zapasu minut.

Pierwsze kroczki i zawsze czas na przemyślenie sytuacji. Stoję na trapie dwiema nogami, a nawet zajrzę do środka – nic się nie dzieje:
IMG_8240 IMG_8245 IMG_8248 IMG_8254

2. Realne do osiągnięcia cele. Ucząc konia wchodzenia do przyczepy i oswajając go z tym dziwnym tworem wcale nie musimy mieć zwierzaka w środku. Na początek mogą nam wystarczyć przednie nogi na trapie. Albo tylne nogi na trapie. Dotykanie nosem przegrody. Tutaj jednak trzeba mieć sporo własnej intuicji, żeby cel był zawsze odrobinę dalej, niż koń skłonny jest nam dać.
Moim ostatnim przyczepowym największym wyzwaniem był Alpi. Po pierwsze, na widok strasznej przyczepy wykonywał swój standardowy numer, to znaczy kulił się w sobie i kamieniał. Nie do ruszenia naprzód, chociaż znam dobrze jego sposoby reagowania na stres i wiem, że poza „ani drgnę, bo właśnie umarłem ze strachu” to raczej wygodna dla konia wymówka, niż faktyczna obawa.

Kroczek głębiej i znów dumamy, czy coś się tak naprawdę dzieje złego:
IMG_8256
3. Pomoce dydaktyczne. „Gdyby koń o swej sile wiedział, nikt by na nim nie siedział”. Koń to duże i silne zwierzę i najgorsza rzecz, którą możemy zrobić, to uświadomić mu, że absolutnie nie jesteśmy w stanie kontrolować go fizycznie. Że jeśli pójdzie – nie ma szans go zatrzymać, a jeśli zatrzyma się – nie ruszymy go o krok w żadną stronę. Widuję czasem akcje pakowania niesubordynowanego konia do przyczepy na kantarku z miękkim uwiązem, gdzie właściciel powiewa niczym chorągiewka – to duży błąd. Nie przepadam za używaniem do załadunku wędzidła – pysk konia jest wrażliwy, a nagłe wyskoki czy próby ucieczki to coś, co na etapie nauki często się zdarza. Ja używam lonży z łańcuszkiem, opcjonalnie uwiązu z łańcuszkiem u łatwego do kontrolowania konia – bo siły fizycznej mam tyle, co średniej wielkości chomik. Poza tym łańcuszek nie oznacza, że mamy na nim ciągnąć konia! Takim uwiązem działamy jak półparadą – możemy na sekundę przytrzymać właśnie wtedy, kiedy jest to potrzebne. Na moich zdjęciach łańcuszek jest luźny – jeśli jednak koń zdecyduje się uciec w krzaki, nie będę musiała udać się tam za nim w podskokach, tylko od razu go osadzę i przytrzymam, bez niepotrzebnej szarpaniny.
OK, a co wtedy, kiedy problem leży nie w uciekaniu, ale odmowie ruchu naprzód? No cóż, mój skuteczny patent to miotła 😆 Taka tradycyjna, z miękkimi witkami-gałązkami. I znów – nie po to, żeby konia nią okładać! Miotła jest duża, ma wyraźny kształt, wystarczy zrobić nią zagarniający ruch za zadem, albo nią pomachać, żeby koń chciał się od takiej miotły odsunąć. Dotknięcie zadu taką rozczapierzoną wiązką gałązek włączy szwung naprzód nawet najbardziej przyklejonemu kopytami do ziemi zwierzęciu. Ja miotłą najczęściej gdzieś tam z tyłu za zadem macham – to wystarcza 😉
Niektóre konie nieźle reagują na lonżę przełożoną przez zad – ale znów, nie po to, żeby nią konia do przyczepy próbować wciągnąć, tylko żeby stworzyć nacisk wtedy, kiedy koń próbuje się wycofywać. Dawno jednak nie miałam już okazji, ani potrzeby, stosować tej metody. Bez szybko reagującego i delikatnego pomocnika w ogóle bym się zresztą za lonżę nie brała.

Decyzja podjęta, ryzyk-fizyk – wchodzimy:
IMG_8267 IMG_8271 IMG_8272 IMG_8273

4. Najważniejsze – wyczucie. Dzięki wrodzonej ciekawości i dużemu zaufaniu konia Atari dość szybko znajdował się w przyczepie. I tam już pojawiał się faktyczny problem, bo poziom zdenerwowania konia był na tyle wysoki, że każdy najdrobniejszy szelest, ruch w przyczepie, dotknięcie po zadzie, przesunięcie uwiązu – powodowały błyskawiczną ewakuację i wycofywanie się po trapie.
Co z takim kwiatkiem począć? Po pierwsze, nie blokować możliwości ucieczki (cała rola człowieka to przekonać szkapkę, że wprawdzie uciekać można, ale wcale nie trzeba z tej opcji korzystać – nie ma przed czym uciekać. Błędne założenie to pokazywanie zwierzęciu, że nie ma drogi ucieczki!). Koń chce się wycofać, dobrze, niech się wycofa – ale zaraz wchodzimy z powrotem. Wyłazimy tyłem, ale jak tylko koń stoi już bezpiecznie czterema łapami na ziemi – wchodzimy z powrotem. Nie chce iść naprzód – kółeczko, klepnięcie w zad, wiśta. Nie stoimy, nie czekamy – idziemy naprzód. Jak tylko koń wchodzi na trap, czy do przyczepy – dostaje komfort, pochwałę, nagrodę (głaskanie, kawałek marchewki, ulubioną trawokulkę). Pokazujemy czytelnie, że jedynym miejscem, gdzie koń ma święty spokój i nic od niego nie chcemy, jest wnętrze przyczepy.
Jak tylko Alpi zaczął się w bukmance uspokajać, po kolei dodawałam emocjonujące go bodźce – klepanie i drapanie po całym ciele, szuranie nogami czy tupnięcie, co oczywiście powodowało włączenie biegu wstecznego. Konsekwentnie robiłam swoje. Jak tylko koń wycofał się rakiem, od razu był wprowadzany z powrotem. Na dworze trzeba ciągle chodzić, zawracać, wymagania nie ustają – a w przyczepie można spokojnie stać, chwalą, karmią frykasami i nic nie chcą. Czysty zysk!

Sukces, koń w przyczepie :) Nadal żywy i bezpieczny 😉 Znów dajemy sobie czas na przemyślenie sytuacji:
IMG_8282 IMG_8288
Zaczynałam naukę wchodzenia do przyczepy z Alpim na początku kwietnia. Pierwsze sesje trwały godzinę, a koń skaczący po trapie podarł rzepy w dwóch kompletach ochraniaczy, porysował sobie czoło o sufit trailera, trząsł się ze strachu, furczał jak arab na pokazie, a w samej przyczepie dostawał ze stresu oczu lemura. Zamknięty belką za zadem siadał na niej i ciężko go było z niej zdjąć, żeby w ogóle móc przegrodę otworzyć…
Teraz wchodzimy z marszu, na zwykłym uwiązie, spokojnie, jak do boksu. Kładąc rękę na koniu można przestawić zad – Alpi nie ucieka, nie próbuje wycofać, grzecznie idzie naprzód. W przyczepie jest czujny, ale interesuje się sianem i stoi na czterech własnych nogach, a nie siedzi na drążku jak kanarek.
Miesiąc czasu, jakieś 12 w sumie sesji.
Cel osiągnięty! :)
Przy najbliższej okazji obiecuję nagrać filmik :)

21 comments

1 ping

Skip to comment form

  1. Marta

    Fajny patent na tylne ochraniacze z tymi owijami, mojej zawsze spadały w transporcie:)
    Muszę wypróbować.
    Miotła do pakowania koni jest spoko :)

    1. quanta

      Niestety wiele ochraniaczy tak ma, szczególnie jeśli koń ma cieńsze nogi, zsuwają się za nisko. To prowadzi do niezbyt bezpiecznych sytuacji (koń stojący na skrawku materiału ślizga się nogami na podłodze przyczepy, przydeptuje rzepy, ściąga ochraniacze i niepotrzebnie się sam straszy). Zabezpieczam dodatkowo ochraniacze owijkami i wciąż szukam tych ochraniaczy idealnych, które będą bardzo stabilnie zachowywać się na nodze.

      1. Marta

        Mogę powiedzieć tylko tyle, że na moją były szyte w Jarpolu „na miarę”,a i tak się zsuwają. Mają takie dwa elastyczne rzepy plus zwykłe rzepy. Konie moich koleżanek nie mają tego problemu :(

  2. moon

    Nigdy nie pojmę dlaczego ludzie tak sobie utrudniają życie nie ucząc w ogóle swoich koni wchodzenia do przyczep. Potem widuje się sceny rodem z horroru, i słyszy takie wiązany że uszy więdną. O.o

    1. Z

      Moze dlatego, ze bardzo czesto nie maja do dyspozycji przyczepy do cwiczen??

  3. Natalia

    Super post, mnie to czeka od przyszlego tygodnia- przeprowadzam sie z kucykiem 900 km.;) Do tej pory bezproblemowo wchodzil i jezdzil, ale wole jednak pocwiczyc, bo nie chce doznac szoku w dniu wyjazdu i pakowac niechetnego konia 2 godziny.. Wlascicielka stajni udostepni nam bukmanke i bede teraz sie szykowac

    Apropo’s tematu transportu- bede wiozla konia pod koniec czerwca i zastanawiam sie, jaka ochrone na nogi mu ubrac. Owijki? Ochraniacze transportowe? Nie chce przedobrzyc, jesli beda upaly, a nie wiem szczerze mowiac co jest lepsze. Czy ktos z doswiadczeniem moglby pomoc?

    Pozdrawiam!

    1. quanta

      Premier Equine ma świetny model ochraniaczy na upały – są zrobione z bardzo sprężystego dziurkowanego materiału, są zupełnie przewiewne:

      Chętnie bym sobie takie sprawiła, tylko obawiam się problemów z rozmiarówką. Moje konie mają długie nogi, ale cienkie, wiele ochraniaczy full nie mogę przez to odpowiednio dopiąć, są za luźne i zsuwają się z nóg.

      1. Natalia

        O, dzieki! Faktycznie super, juz wyladowaly w koszyku. Ja wezme S-ki, ale faktycznie, w przypadku twoich wielkoludow to nie wiadomo w co celowac.

        A jesli masz ochote, to hurtowo do przyczepy wezmie sie jeszcze jednego czlonka twojej druzyny. :) Moze masz ochote na jakiegos mlodziaka z Baden-Württemberg?:)

        1. Jagoda

          Możesz podać link do tych ochraniaczy. Nie mogę ich znaleźć :( Dziękuję :)

          1. quanta

            Tutaj są:
            http://www.premierequine.co.uk/knee-pro-teque-airtechnology-travel-boots-c2x19485446
            Ja bym sobie chętnie zamówiła, ale obawiam się rozmiarówki, fulle zapewne okażą się za duże, a coby za małe na moje szkapki.

  4. Ann

    Ja tylko raz miałam taką patową sytuację z koniem. Co prawda w domciu wszedł, ale w drodze powrotnej niekoniecznie. W końcu po 3(!) godzinach jakoś udało się zwierza spakować. Z miotłą konie różnie reagują. Jeden artysta miał ją zupełnie gdzieś… A przepraszam, próbował ją zjeść 😉 Bacik do pracy w ręku zwykle mi wystarczy. Dotknąć do łopatki i koń elegancko idzie.

  5. bio

    Ja mam w ogóle ewenement, bo wieziony na zajazdkę zdołał zrobić dziurę w przegrodzie, wybić okienko i obtłuc nogi. Z kolei z zajazdki przyczepą już nie wrócił, bo nie dali rady zapakować… W efekcie koń ma traumę i nie ma takiej siły, która go zmusi do choćby wejścia na trap. Próbuję na spokojnie, stoi grzecznie i bez emocji przed przyczepą, ale nogi nie postawi. Za to lubi stanąć maksymalnie blisko, pakując kopyta pod skraj trapu, więc jak się spłoszył to mi się już wywalił na nadgarstki, więc też mam obiekcje co do tego uczenia go „na marchewkę”. Dwie lonże i/lub miotła za zadkiem to jest automatyczne palenie się styków, panika i histeria, kulenie zadu jakby go ktoś kijem okładał i skakanie przez lonże z miejsca. Makabra. Koń panikarz niestety, potrafił dwa tygodnie przeżywać zmianę boksu. Tak, samego boksu, nie stajni.
    Odkładam kasę na jakiegoś cudotwórcę, a w międzyczasie próbuję go namówić na spokojnie, że nic się nie dzieje. Jest ciężko, moim największym sukcesem do tej pory jest postawienie mu przodów na trapie. Koleżanka trzyma, druga przesuwa nogi, ja pcham za zadem do przodu.

    1. quanta

      Niestety nakręcony koń w przyczepie potrafi się zachowywać naprawdę nieobliczalnie. Znam przypadek, gdzie koń skoczył naprzód i to tak nieszczęśliwie, że wcelował obydwoma przednimi nogami w okienka, odnóża mu wpadły głęboko i się w ten sposób zawiesił, z przodami wiszącymi przez okna, stojąc na zadzie… Cały się pokaleczył i ponaciągał, miał być kurs na zawody, a skończyło się na pół roku w boksie :(
      Transport jest zawsze stresujący, chyba, że koń naprawdę jest całkowicie wyluzowany – taka Cebulka jeździ przyczepą bezgłośnie i czuje się jak w boksie.

    2. Magdalena

      Bio, czasami na takiego panikarza pomaga- zamieszkanie na padoku z przyczepą 😉

      1. bio

        Magda, niestety przyczepa nie moja, proponowałam już takie rozwiązanie hodowcy konia, u którego go trzymam, no ale czymś tam mnie zbył. Póki co korzystam z wyjazdów na zawody, bo wtedy przyczepa po powrocie stoi chwilę tyłem i przy aucie, ale takie nieregularne „sesje” to o kant d. można rozbić 😛
        Quanta – o właśnie, mój to taki samonakręcający się. Jak klapki na oczy padną, to kaplica.

  6. Ziuu

    Moje duże słońce miało ten sam problem. Przy podejściu do przyczepy było ok, przednie nogi na rampie ok, głowę do środka wsadziła, ale dalej już ani kroku. Sama obecność palcata, który koń zna i się nie boi, spowodowała kompletny paraliż konia – tak samo obecność innych ludzi. U nas podziałały jabłuszka – położone na podłodze przyczepy były bardzo zachęcające. No ale i tak – wchodziła i natychmiast uciekała. Zauważyłam, że dużo lepiej działa, jak ja stoję za nią – wtedy wysyła się do przodu. No i patent aktualnie mamy taki. Wchodzę do przyczepy przed koniem, przekładam lonżę przez przednią rurę, wychodzę, staję obok konia, wysyłam do przodu – i wchodzi. Jak jest jakieś jedzenie w środku to nie ucieka. Za mną jeszcze nie wchodzi.

    I przy okazji – bardzo fajny artukuł, myślę, że bardzo wiele osób powinno go przeczytać i wziąść sobie do serca. Cierpliwość i brak pośpiechu – święte słowa. Ubolewam, że tak wielu z nas, koniarzy, nie ma ich za wiele.

  7. keirashara

    Zaufanie konia do człowieka też robi swoje – mój kiedyś odczyniał takie cuda, jak tylko się zorientował, że będzie sam w przyczepie, że zdarzyło się go wyprowadzać w trybie szybkim, żeby przyczepy i siebie nie podziurawił. Rok temu, pełna obaw i gotowa rezygnować ze startu w razie „w” stwierdziłam, że zobaczymy… koń wszedł, wyfofał się, pomyślał, wszedł, pojechał, wysiadł na miejscu i zaczął podgryzać trawkę totalnie zrelaksowany. Treningu w międyczasie nie miał, bo nie posiadam własnej przyczepy, ot po prostu chyba stwierdził, że jak nikt w około się nie stresuje to i on nie ma co.

    I też właśnie słyszałam o jednym, częstym błędzie – zwykle w koło konia jest jedna, dwie osoby, przychodzi do transportu, to zlatuje się wielka ekipa – koń już na to zamieszanie robi się nerwowy i wie, że coś jest nie tak, więc nie chce się spakować. I kurczaki, to rzeczywiście tak jest! Ileś koni, dzicz kudłata, ledwo podjeżdżona, było ładowane tylko przez naszego stajennego i wchodziły bez stresu, chrupały sianko i ogólnie sielanka, a zazwyczaj, jak widziałam tłum przy transporcie to właśnie były różne cyrki.

    Te ochraniacze Premier Equine boskie, aż nieco żałuje, że już jarpole zamówiłam.

  8. Agata

    Moim zdaniem zapomniałaś o jednej ważnej rzeczy! Koniecznie RĘKAWICZKI na rękach pakującego!!!! Co nam po zapakowanym koniu, który jest gotowy do transportu na zawody jak mamy przepalone ręce uwiązem, lonżą itp. ☺

    1. quanta

      Fakt, mam tak wychowane konie, że mogę ładować własnymi rękoma 😉 Ale to prawda, u koni silnych, albo takich, które potrafią się szarpać bez rękawiczek się nie ruszam. Pierwszy rok po przywiezieniu Zombiego do Polski codziennie robiłam z nim spacery na lonży w ręku i obowiązkowo w rękawiczkach.

  9. Wiktoria

    Mam nadzieje, że mimo lekkiego spóźnienia, mój komentarz dostanie odpowiedź 😉
    Chciałam się spytać o kamerkę w przyczepie, jaka? Z jakim monitorem? Czy warto?
    Pozdrawiam! 😀

  10. Patka hm

    Niestety też miałam problem z przyczepą. A wszystko dlatego że drugi koń się bał do niej wejść i mojej kucynce udzielił się strach. Koniec końców bukmanka wróciła pusta a my w siodłach… Gdybym miała do dyspozycji przyczepę z chęcią bym ćwiczyła wchodzenie ale niestety na chwilę obecną nie mamy jak :(

  1. Nie chcę, ale muszę… A Alpi nuci Bohemian Rhapsody. » Quantanamera Blog

    […] wlazł do przyczepki jak po sznurku. Hmm, to jest na pewno ten sam koń, który jeszcze niedawno przy pierwszej próbie załadunku podarł dwie pary ochraniaczy i poobijał własną głowę? […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *