«

»

lut 19

Uszy i Doki – przypowieść o kowalu

Wcale nie tak dawno temu, za siedmioma polami, za siedmioma lasami, za zjazdem z drogi wojewódzkiej nr 580 mieszkały sobie w stajni Celbant dwa wesołe ogierki.
Nie zaprzątały sobie one głowy ani losami królestwa, ani tym bardziej ręką księżniczki, a całe dnie spędzały na chłopięcych zabawach. O’berki, polowania, kopanie dołków w piaskownicy, od czasu do czasu turniej w chowanego rozgrywany z giermkiem stajennym – ot, takie tam normalne życie królewskich synów.

IMG_2756

Ale w ten szczęsny i sielankowy żywot wkradł się cień niepokoju. Skaza, podstępny brat króla… eeeej, to nie ta bajka 😉 Kowal. Posłańcy głosić poczęli, że oto w progach Celbanta Mistrz Kowalski zagości i paniczom Uszy, a także Doki atencję poświęci.

Skąd my znamy taką minę i rozbrajające sunięcie do człowieka? To zachowanie Uszy skopiował od Doka i uznał za własne:
IMG_2737

A wiedzieć Wam trzeba, iż mimo królewicz Doki za należytego i ładnego zawsze był postrzegany, to kopyt podawać – nie dawał. Nie, i basta! Z karusem zrobić było można od początku wszystko, byle tylko nóg nie dotykać, szczególnie tylnych. Prał tymi zadami, dziad borowy, w każdym kierunku, choćby i w ścianę. Nie wiemy dlaczego i o co mu chodziło, ale początki podnoszenia nóg były koszmarne. Ktoś musiał Doka trzymać na kantarze odgrywając przy tym życiową rolę betonowego słupka, a rychło w czas kamikadze (wypadło, że tym kamikadze musiał zostać Blondyn) próbował w ogóle dotykać tyłów. Na pierwszych parę razy w ruch poszła bezcenna i skuteczna rękawiczka na kijku. Nią można było te tylne nożyska dotykać, a jak ręko-kijko-wiczka zarabiała kopa – no cóż, dotyk trwał nadal. Aż w końcu Doki się przyzwyczaił i już nie strzelał tak nieokrzesanie z dwururki. Podnosić odnóży i stać z łapą w górze i tak sam za bardzo nie chciał. Rozłaził się, podskakiwał czornym tyłkiem, wyrywał nogę… A że duży jest, mięsny i potrafi być silny, to trzeba się było zdrowo strudzić i szło to podnoszenie w najlepszym wypadku JAKOŚ. Jakoś-takoś.

IMG_2712 IMG_2731

Natenczas Uszy podawał kopytka bardzo zgrabnie. Lekko, szybko, i sam je przy tym trzymał. Naprawdę zacnie i chwalebnie. Z nim przy kowalu na pewno pójdzie łatwo. Mamy to jak w banku 😉

Roczniaki puszczone luzem na halę. Najlepiej im siedzieć w środku grupy ludzi. Towarzyskie to mało powiedziane, i jeden i drugi zapowiada się w przyszłości co najmniej na wodzireja 😉
IMG_2740

Zadzwonił kowal, że przyjedzie we wtorek. Akurat w ten dzień miałam dużo umówionych treningów, więc ustaliliśmy, że asystować przy rozczyszczanych malczikach pojedzie Blondyn. Nie chcemy w końcu, żeby kowal po spotkaniu z Dokim rzuciła na nas jakąś klątwę srogą 😉 To kowal-geniusz, więc wolelibyśmy go jeszcze zachować w jednym kawałku dla Fugu, Henryka i reszty ekipy 😉 Ustaliliśmy zatem godzinę, zsynchronizowaliśmy zegarki… i tego dnia rozpętało się śnieżne piekło. Toż ci ambaras! :( Grad, zawierucha i płatki śniegu, z których pojedynczy ma wymiar małego kota. Wszystko zawiane, dróg wcale nie widać. Blondyn siadł w auto, jechać się da tempem ślimaka winniczka na kacu 😐 Normalnie mamy 10 minut dojazdu do stajni, tę drogę Blondyn w warunkach syberyjsko-arktycznych pokonał w trzy kwadranse. Parkuje w końcu auto, wysiada, odsuwa drzwi do stajni… A na korytarzu na dwóch uwiązach stoi sobie Dok, na zrobionych już ładnie kopytach. Obok niego kowal, podparty pod boki, z zadowoleniem przyglądający się wykonanej robocie i na widok Blondyna wołający z daleka:
– Ten kary to jaki grzeczny! Sam nogi daje, spokojnie stoi, musi, że nauczony i wcześniej go ktoś regularnie strugał i podnosił kopyta. Anioł, nie koń. I jaki spokojny! Tego robić, to łatwizna.

😆

Na drugi ogień poszedł zatem Uszka, z którym na tysiąc procent pójdzie już z górki i bezproblemowo. Uszy na widok kowala przemyślenie miał tylko jedno i gorliwie starał się je wcielić w życie:
nothingtodo
Kiedy jednak niepostrzeżone zniknięcie nie wypaliło, to przyssał się kopytami do posadzki na amen. Zastosował strategię biernego oporu (znaną już u niego z pierwszego włażenia do przyczepy) i biedny kowal musiał się co nieco natrudzić, żeby wystrugać patyczaka. Na koniec swojej pracy przyznał, że faktycznie uprzedzaliśmy go, że z jednym maluchem pójdzie gładko, a drugi może być trochę kłopotliwy 😆

No i faktycznie tak było, tylko skubańce zamieniły się miejscami 😆

IMG_2696

Morał z tej przypowiastki płynie taki, że przy koniach nigdy do końca nie można być niczego pewnym.
I tak na ostatnią chwilę mogą nas bardzo zaskoczyć…

12 comments

Skip to comment form

  1. Ola

    Hah, skąd ja to znam. Jak przyjaciółka przywiozła w końcu konia z Karpacza do Krakowa to w pierwszy dzień wzięłam młodego wyczyściłam całego kopytka też i mówię jej, że kopyta do zrobienia, ona, że okej i dzwoni wieczorem do ojca, i mówi, „Hej tato, Ola dziś mi powiedziała, że wypadało by po kowala zadzwonić”. Ojciec oczywiście przytakuję i mówi dobrze dobrze, a po chwili takie… „Ale jak to Ci Ola powiedziała, przecież on nikomu nóg nie daje” i po chwili takie yyy faktycznie.

    Nie miałam pojęcia, że nóg nie daje a on chyba stwierdził, że skoro jestem taka zdecydowana co robię to chyba jednak daje 😀 😀

    Nie zdziwiłabym się gdyby było tak, że jakby Blondyn przy struganiu Dokiego był to by nie poszło tak gładko 😀

    1. quanta

      Znam przypadek, gdzie ktoś przez pomyłkę praktycznie konia zajeździł 😉 Miał wziąć pod siodło kasztana z trzeciego boksu, to i wziął. Szkopuł w tym, że akurat od rana w stajni był kowal, konie przyprowadzano z padoków, niektóre czekały na swoją kolejkę, inne czekały na odprowadzenie po struganiu czy kuciu i akurat w trzecim boksie wylądowała na chwilę surowa trzylatka. Tak oniemiała „nieprzejmowaniem się” jeźdźca jej osobą, że dała się jak stara gwardia osiodłać, założyć sobie ogłowie, wyprowadzić na wędzidle przed stajnię, dociągnąć popręg, przystawić stołek do wsiadania i dopiero w momencie włożenia nogi w strzemię pokazała, że jednak się trochę temu wszystkiemu dziwi 😉 Na szczęście akurat wrócił stajenny, który powstrzymał niedoszłego zajeżdżacza, bo dalszy ciąg tej historii mógłby wcale nie być już taki zabawny. 😈

      1. Vissenna

        Hahaha. Znam podobną historię jeszcze z czasów SO. Trener mi kiedyś opowiadał jak przyszła do stajni dziewczyna i ktoś tam jej konia X kazał wziąć w teren na galop. Pojechała, wróciła i melduje koniuszemu, że ten ogier to dziwny jakiś, bo strasznie tępy na pomoce. I dopiero wtedy odkryto, że to był jednak koń Y, który był tak łudząco podobny, że stajenny pomylił je i wstawił nie do swoich boksów. Takim sposobem ogierek Y podczas swojego 4 razu pod siodłem poszedł w teren jak stary :)

        1. quanta

          „Tępy na pomoce” – hahah, a to dobre 😆 Biedak nic a nic nie rozumiał.

          1. Vissenna

            Bo wychodzi na to, że niewiedza to faktycznie błogosławieństwo :)

          2. Ola

            Oj tak, mieliśmy też takiego dziada co lubił gryźć i straszyć zębami, jeśli ktoś wiedział i się tego bał to nie było opcji żeby podejść, ale jak ktoś podchodził do niego jak do normalnego konia co nic nie robi to ten stał oniemiały, że jak to się mnie nie boisz 😀

  2. gllosia

    Haha, rozbawiła mnie ta historia 😀 Plus oczywiście opis w twoim wydaniu – mistrzowski!

  3. Moon

    Quanta, ty powinnaś książki pisać! 😛

    1. quanta

      Życie pisze scenariusze, wystarczy mieć tylko oko, żeby je zauważać i paluchy na klawiaturze, żeby spisać 😉

  4. Katarzyna

    Aż mi się przypomniała historia o Skwarku, co to z kowala postanowił zrobić sobie lizawkę Wiesz może, co u niego słychać?

  5. keirashara

    Z kopytami miałam podobnie – znajoma poprosiła, żebym jej konia ruszyła, jak już i tak mieszkam w stajni, no to ok, konia znam, ją znam… czyszczę go sobie spokojnie, a tu dzwoni – telefon pod kask, tylne kopytko na kolanko, zero stresu, czyszczę i wtedy słyszę „wiesz, bo ja zapomniałam Ci powiedzieć, że on tyłów za bardzo nie daje” 😀 Potem dostałam duża czekoladę od niej i wino od kowala, za nieświadome poskromienie wrednego diabła 😀
    Za to mój osobisty koń, któremu można wszystko i którego poprzedni kowal potrafił robić na środku stajni bez kantara przy nowym tak ostatnio wiercił zapięty na dwóch uwiązach, że jeden ze ściany wyrwał… a tak, chwaliłam, że grzeczny i zero problemu 😉

  6. Marlena

    haha uwielbiam Twoje opowieści 😀 Albo opisy produktów dawno nie było, rozumiem brak czasu zwiazany z ogromną ilością zwierzaków i budową na głowie ale bardzo lubię czytać Twoje review rzeczy albo jak robiłaś straszczenia z Horses Products of the Year :))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *