«

»

lip 22

Terenowa przygoda

Jazda w teren powinna być częścią każdego planu treningowego. Nawet Valegro będąc u szczytu kariery dwa razy w tygodniu odbywał „hacking” czyli zupełnie niezobowiązujące wyprawy w teren, gdzie największym wyzwaniem, jakie go czekało, była jazda anglezowanym kłusem 😉 W dodatku jego amazonką podczas takich wypraw była… 77-latka 😀 Tricia Gardiner, była zawodniczka, członkini brytyjskiej kadry olimpijskiej z Seulu ’88. To przy okazji doskonale pokazuje, jak dobrą głową wyróżniał się ten koń. Tricia, chociaż mentalnie w doskonałej formie, miała na co dzień sporo problemów z poruszaniem się, nie mówiąc o dosiadaniu konia (Tricia musiała znajdywać najwyższy w okolicy stołek do wsiadania i przerzuciwszy z niego na brzuch dosłownie wciągać się na konia). Później, podczas tych spacerów Valegro wykazywał sporo własnej inicjatywy odnośnie trasy przejażdżki, a co więcej… bezwstydnie pożerał wszelkie napotkane żywopłoty. Tym bardziej niesamowite, że na następny dzień wystarczyło go wprowadzić na czworobok i znów stawał się olśniewającym sportowcem 0_o

Kto by pomyślał - po lewej jeden z najsłynniejszych koni świata, po prawej niewiele ustępujący
mu rozgłosem, czyli Valegro oraz Nip Tuck:
 Untitled-1

Staram się dużo jeździć w teren, chociaż nie zawsze jest taka możliwość. W tej chwili dostęp do pięknego lasu mam w zasadzie tylko wtedy, gdy… panuje susza. Po deszczach trasa do Puszczy jest zbyt podmokła na bezpieczny przejazd. W takim wypadku kręcimy się końmi po okolicy, zwiedzając łąki i polne dróżki. W niedawny teren wybrałyśmy się w trzy konie: stary wyga, którego nic nie wrusza, Henryk, którego dla odmiany mocno podniecają otwarte przestrzenie i nowe środowiska – o ile nie są to czworoboki 😆 – oraz kasztanowaty Fragles, terenowy debiutant (jego drugi lub góra trzeci wyjazd poza stajnię), koń raczej z serii tych ostrożnych i na wszelki wypadek spinających się w oczekiwaniu na wyskakującego z krzaków wilka. Zestaw trojga, który może objawić parę niespodzianek w praktycznym użytkowaniu 😆

Tego dnia było naprawdę upalnie, Hendersona miałam zapakowanego w derkę siatkową, więc dzielnie znosił obecność insektów, ale pozostałe konie były dość poirytowane ze względu na kąsające gzy i siadające im na uszach muchy. Wybrałyśmy więc trasę na otwartych przestrzeniach – przełaj na łąkach, lub szutrowo-gruntowe drogi przez okoliczne wioski. Tutaj robactwa było zdecydowanie mniej, a i tak wycieczka ciekawa – w przydrożnych krzakach kryła się sarenka, a na świeżo skoszonych polach oglądałyśmy z końskich grzbietów zlot bocianów czy gonitwy gigantycznych zajęcy (albo to jakiś specjalny gatunek, albo tak obrodziły w dobrobycie, bo gabaryty potrafią mieć te szaraki całkiem rosłego pieska).

Pod dobrych dwóch godzinkach takiej niezobowiązującej wędrówki zdecydowałyśmy się wracać – i aby uniknąć przeprawy przez pełen komarów lasek wybrałyśmy trasę przez wieś.
Szkopuł w tym, że tym miejscu mają swoje pastwisko urocze ziemniaczki :)

IMG_5561 IMG_5570IMG_5565

Zdarzyło mi się koło nich przejeżdżać w pojedynkę i zawsze Henryk wyraźnie się nimi ekscytował, ale pozostawał pod kontrolą. Owszem, zaliczyliśmy paradne kroki, pufanie nosem i ogólne podniecenie znaczne większe niż na widok krowy (a krowa jest sama w sobie istotą nadprzyrodzoną i mityczną – Minotaur jakiś? – wywołującą fale gorącego entuzjazmu, zachwytu i rozgorączkowania), ale poza taką defiladą nigdy nic większego się nie wydarzało.
Nie tym razem 😆

Akurat zbiegiem okoliczności trafiłyśmy na moment, kiedy gospodarz zaplanował ściągnięcie ziemniaczków na kolację do boksów. Stado grubasów na sam widok swojego właściciela dostało szwungu i zaczęło sadzić koła dudniącym galopem. Trzy potężne kobyliska, każda na kopycie wielkości dzwonu Zygmunta i każda z równie solidnym, byczkowatym przychówkiem. Jak takie stadko odpaliło wyścigi, to miało się wrażenie lokalnego trzęsienia ziemi 😆

A tego Henrykowi i jego wydyganemu, debiutującemu w terenach koledze było już za wiele.
Nie, nie poniósł.
Nie spróbował się mnie również pozbyć z grzbietu.
Henryk postanowił w tej stresującej sytuacji… zniknąć.

Więc stanął jak wryty, a po chwili dał cichutko dwa kroki w wysokie żyto, które zamknęło się nad nami niczym morze nad ścigającą Mojżesza egipską armią. 😈

"Tu byłem! - Henderson:
IMG_5572

Kasztanowaty Fragles chwilę przeanalizował temat i wybrał rozwiązanie wdrożone przez Henryka. Zapadł się w zboże i tym samym straszny widok galopujących tłustangów (tłustang to taki zdecydowanie tłusty mustang) zniknął sprzed jego oczu.

Wyobrażacie sobie tę sytuację? Stoi sobie Pan Rolnik, który jak co dzień zamierza przepędzić stado do stajni. Drogą stępują trzy wymuskane, szlachetne konie. Pierwszy z nich skrada się takimi krokami, jakby go asfalt w stopy parzył. Koń numer dwa staje jak wryty, po czym znika w zbożu po czubki uszu. W chwilę później w jego ślady idzie koń numer trzy 😆 To wszystko w absolutnej ciszy, to znaczy okraszone wyłącznie tętentem galopujących miarowo zimnokrwistych kopyt. 😯 :roll:

Gospodarz w śmiech 😆

I dobrze, że miał poczucie humoru i nie zaczął nam wygrażać czy nas wręcz gonić. Fragles w zbożu zmienił się  słup soli, ale Hendriks miał pewien problem logistyczny. Kiedy się cofał, przez długie kłosie przechodziła fala, która zamykała mu się dokładnie przed pyskiem. Pierzasto-zbożowe witki pacały go po całej głowie, efekt był zatem taki, jakby mu ktoś machał tuż przed twarzą batem. Ustny próbował się przed tym ratować cofając – ale im szybciej się cofał, tym z większą energią tysiące rózg nie tyko pacały go po nosie, ale w dodatku go goniły! W efekcie już po chwili zasuwaliśmy tempem kosmicznym, a ja najpierw wyobraziłam sobie Henryka biegnącego tyłem na czele stada zimnokrwistych koni, a potem pomyślałam, że teraz już wiem, jak powstają tajemnicze kręgi w zbożu (to wcale nie kosmici je robią! tylko latające tyłem Hendriksy) i dostałam ataku śmiechu. Jedyne, co mogłam zdziałać, to zadbać o to, żebyśmy cofali po kółeczku (przykro mi takie żyto deptać) i głaskać i uspokajać głosem Henryka, którego w końcu udało się zatrzymać.

Wykaraskałam się ze zboża i zdołałam tylko rzucić do przypatrującego się nam Gospodarza:
– Co za wstyd! – wzniosłam oczy ku niebu – No i widzi Pan, Pana konie mądrzejsze!

😆 😆 😆

Dalsza droga powrotna minęła już bez przeszkód. Tak to najstraszniejszą terenową zmorą okazują się być… inne konie 😉

IMG_20180630_195212_HDR

12 comments

Skip to comment form

  1. Milla

    Fajnie że o tym piszesz. Niestety nadal często spotykam się z przeświadczeniem że teren dla ‚sportowca’ nic nie wnosi do treningu. Ba, koń jest nieobliczalny, płoszy się dlatego tym bardziej nie jeździ się w teren i błędne koło się zamyka. Miałam póki co te szczescie, że na swojej drodze spotykałam trenerow, którzy obowiązkowo ‚wyganiali’ swoich podopiecznych min raz w tygodniu na spacer. Nawet rundka stepem po treningu po okolicznych łąkach była obowiązkowa 😉 choć obecnie z moim koniem nie trenujemy (nawet niezbyt jeżdżę) to często łażę z nim jak z psem po lasach. Dzięki temu gdy po dwóch latach rekonwalescencji odważyłam się wsiąść na stępa i od razu pojechaliśmy w teren. Miałam tak grzecznego konia jakby to była dla niego codziennośc :)

    1. quanta

      Carl Hester w jednym z wywiadów opowiadał, że maniakalnie dużo jeździ w tereny. Im tak naprawdę trudniejszy, bardziej gorący i szalony koń tym bardziej stara się zabierać go z ujeżdżalni. To jest jedyna metoda, aby takiemu nadpobudliwem zwierzęciu uspokoić głowę. I trudno, jak sam Carl podkreślał, czasem lądował podrapany w krzakach ciesząc się, jeśli wracał do stajni nadal na grzbiecie, a nie na nogach. Przy czym równocześnie podkreślał, że on może sobie na to pozwolić, ma swoje korzenie szkoleniowe w wkkw, umie sobie radzić z gorącymi i trudnymi końmi. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, powinien w takim wypadku nie zwlekać, tylko szukać pomocy profesjonalisty.
      Żużlowanie konia dzień w dzień na placu (albo co gorzej, na hali) naprawdę nie przyspiesza niczego w treningu, a wręcz przeciwnie.

  2. Zafira

    U nas tak zawsze, pojedź sobie w spokojny terenik, ot zwykły spacerek. Ale spotkaj po drodze inne konie…

  3. Sandra

    „Jak takie stadko odpaliło wyścigi, to miało się wrażenie lokalnego trzęsienia ziemi ” Ale to pięknie napisane. Hyhy. I jakie u Was ładne zboże. U nas w regionie niestety małe i poróżne jakimś grzybem, bo jest czarne. W pierwszy dzień po deszczach widok był straszny.

  4. Wera

    Tereny to błogosławieństwo, jak u nas w stajni koń miał problem ze sobą i każda jazda zaczynała się u niego serią bryków zarządziliśmy terapię terenową. Zero jazdy na hali, żadnych wymagań od konia tylko min. raz w tygodniu wycieczka w teren i codzienne padokowanie. Teraz jest to koń kuloodporny, nic go nie wystraszy i magicznie przestał brykać. Poprostu musiał przewietrzyć umysł.

  5. Jadzia

    Oj tak, my mamy taką całkiem przyjemną trase w teren po okolicznych górkach i przynajmniej raz na dwa tygodnie mijamy jedną klacz zimnokrwistą, na tym samym pastwisku, w tych samych okolicznościach, a i tak jest to taka straszna i podniecająca sytuacja, że potrafimy spieprzać gdzie pieprz rośnie :>
    Ooo albo stado krów brykające za ogrodzeniem jest śmiertelnym niebezpieczeństwem 😀
    Właściwie dlatego uwielbiam tereny, zawsze jest coś ciekawego 😉

  6. Amelia

    Mój koń w takim razie jest dziwadłem, bo kiedy widzi krowy lub innych „kosmitów”, zaczyna ciągnąć w ich stronę i koniecznie chce się zbliżyć jak najbardziej

  7. moon

    Temat krów jest bardzo ciekawy, bo Kulek dostaje wytrzeszczu (nawet ślepego oka) wielkości talerzy obiadowych i także bywa, że pragnie zniknąć 😛 (może nie w takim pięknym zbożu, ale np dać dyla w gęste krzaczory przy ścianie lasu – why not :P) A żeby było zabawnie, to w stajni mamy obecnie 3(!) podobnego umaszczenia psy, łącznie z moim osobistym i te „mućki” jakoś wrażenia nie robią… 😀

  8. Kasia

    To ja wyskoczę z innym tematem. Mam prośbę czy możesz podpowiedzieć jakieś ćwiczenia na wzmocnienie mięśni grzbietu do wykonywania w stępie i z unikaniem pracy na lonży. A i jeszcze pytanie odnośnie młodziaków – co teraz mają w menu.

  9. Marta

    Kurczę co jest z tymi krowami? Mój koń jako młody wtedy jeszcze ogier jak widział w terenie krowę to ochoczo chciał ją iść kryć. (Lubił duże biusty?) Jako dorosły wałach dostawał oczu wielkości spodków ale chętnie by się z taką krówką zaprzyjaźnił. Może mu się wydawało, że to koleżanki bo sam bym tarantem?

  10. Dominika

    Mój koń w sytuacjach kryzysowych w terenie wykonuje dwa manewry: albo w tył zwrot i uciekamy (co ciekawe praktycznie zawsze wykonuje ten zwrot w jedną stronę- swoje lewo)… albo właśnie znikanie ale z teleportacją. Ostatnio zobaczył dużego, kudłatego, białego psa (straszne bardzo, trochę jak legendarne yeti!) i wyskoczył do góry i w bok zgrabnie kryjąc się w polu kukurydzy 😀

  11. Nathing

    Chciałabym zapytać, co sądzisz o terenach nie-spacerkowych? Osobiście miałam przyjemność odbyć jedynie stępo-kłus (a i tak w praktyce trochę kłusika miałam jedynie gdy mijaliśmy ,,potwora”) i spacerki na rozstępowanie. Kiedy słyszę o terenie w trzech chodach to zazwyczaj wszyscy opisują je jedynie jako super fun, a sama.. nabrałam jakiegoś dziwacznego przeświadczenia, że każda nierówność na drodze (nie chodzi mi o tu wzniesienia, tylko takie ,,górki i dołki”) może dla konia oznaczać poważną kontuzję. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wszystkie leśne czy polne drogi, na których odbywają się tereny, nie są idealnie wyrównane, dlatego chciałabym zapoznać się z Twoją opinią na ten temat (:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *