«

»

maj 01

Siedem grzechów ujeżdżenia: grzech drugi – gniew

O ile ignorancja może być grzechem związanym tylko z końmi, to gniew jest cechą charakteru, która przeważnie dotyczy wszystkich dziedzin naszego życia. Osoby o porywczym, wybuchowym charakterze, łatwo ulegające emocjom, mają ogromne szanse, aby grzeszyć gniewem jeżdżąc konno. Sama do takich typów należę, stąd dobrze niestety wiem, jak łatwo przekroczyć cienką czerwoną linię i zapłonąć wzburzeniem.

Gniew na szczęście można nauczyć się kontrolować, chociaż jest to nie lada wyzwanie.

A skąd w ogóle bierze się coś takiego, jak gniew i po co nam to uczucie? Podobnie jak strach, pochodzi z naturalnej historii naszego gatunku. Gniew jest po to, aby zmobilizować organizm do ataku, przestawić go szybko w tryb pełnej mobilizacji. Gniew jest cechą tych z nas, którzy w głowie są drapieżnikami, ale też nie tylko – gniew może być impulsem do działania mającego na celu przeciwstawienie się dotykającym nas trudnościom. Jeśli gniewa nas kapiąca na głowę woda, będziemy bardziej zmotywowani i aktywni, żeby zapewnić sobie schronienie, niż gdyby deszcz absolutnie nam nie przeszkadzał. Niestety zbyt intensywny gniew wyłącza nam możliwość logicznego myślenia.

Z pewnością każdy zna jeźdźców będących trochę jak Dr. Jekyll i Mr. Hyde. W stajni – weseli, sympatyczni, inteligentni, żartujący, łagodni i zawsze skłonni do pomocy. W siodle przeistaczają się w demony – pojawia się u nich agresja, walczą z końmi, pomijając większość pozytywnych elementów treningu. Nie stosują nagród, bazując tylko na karach. Szczodrze używają bata lub szarpią za wodze, kiedy nie mogą dogadać się z koniem.
aIMG_9637

Co w takim razie tworzy tak wielu gniewnych ludzi?

– ambicje. Tak bardzo chcemy, a mamy tak małe i niezadowalające efekty! A w dodatku koń koleżanki chodzi o wiele lepiej, niż mój. Dlaczego ten mój nie jest miły? Dlaczego ten mój nie potrafi dobrze skakać? Albo ma słaby galop? Albo ciężko mu się nauczyć lotnej zmiany nogi? Muszę pojechać lepiej, niż X.! Dlaczego mnie, motyla noga, tak nisko wysędziowali na przejeździe? Dlaczego konkurs wygrał ktoś inny??!

– brak cierpliwości. Ok, nie wyszło, zrobimy drugie podejście, przygotujemy, próbujemy znowu… Znów nie działa. Kolejna próba. Znów skucha? Hm, no nic, jeszcze raz. Co, dalej nie wyszło? To następna próba. No i nie działa! To powtórka. Znów coś działa?!? Pięknie! Tego się nie da zrobić. No i proszę, robię znowu i nie wychodzi. Koń jest do bani, a ja nie umiem jeździć, w ogóle co to ma być, ja już nie mogę…!
Na 90% nie działa dlatego, że to my robimy coś źle, na 10% to, że koń robi coś źle (bo umówmy się, konie też święte i idealne nie są).

– brak dopasowania konia i jeźdźca. To jest naprawdę gigantyczny problem, chociaż przeważnie się go bagatelizuje. Jakby go tak prosto i możliwie czytelnie przedstawić? Hmm.. Ja na przykład uwielbiam gotowaną brukselkę, mogę delektować się każdą jej główką niczym pralinką od Ferrero 😉 Mój TZ brukselki nie znosi, na sam zapach go skręca, a gdyby ktoś stał nad nim i kazał mu wsunąć cały talerz, na pewno były z tego powodu niemiłosiernie wściekły. Koń to nie jest oczywiście odmiana kapusty, ale mając w pamięci powyższą przypowiastkę weźmy sobie do analizy przypadek jeźdźca i konia, który do niego nie pasuje. Najczęściej dlatego, że ma nieodpowiedni charakter lub jest dla konkretnego jeźdźca po prostu za trudny. Jeśli jeździec sobie nie radzi, to się złości. Denerwuje go to, że koń nie stoi spokojnie przy siodłaniu. Wkurza się, bo koń jest ospały i leniwy, a on lubię jeździć szybko i aktywnie.

– problem z zrozumieniem końskiej natury, psychiki i fizjologii. Koń się źle zachowuje? Najczęściej niestety dlatego, że sami mu to zasugerowaliśmy. Jeśli ktoś cieszy się, gdy koń się z nim „bawi” przeszukując jego kieszenie, szturchając nosem i domagając się smakołyków, to nie ma prawa czuć się rozgniewany, jeśli zwierz zdecyduje się w pewnym momencie ponadgryzać cukierkodawcę. Dla zwierzęcia to zachowanie nie jest złe, niegrzeczne czy agresywne, jest wyuczone i zaakceptowane jako zachowanie dozwolone i akceptowane. Dla nas granica między „przyjacielskim” szperaniem po zakamarkach garderoby jeźdźca, a „wrednym” złapaniem tego samego jeźdźca za ramię jest ogromna. Tymczasem dla konia czytelna jest jedynie granica między tym, co jest dozwolone wobec członka stada o niższej pozycji w hierarchii, a co nie jest dozwolone wobec członka stada o pozycji wyższej. Niedoświadczony jeździec czy opiekun konia nie mając odpowiedniej wiedzy, zareaguje gniewem.

Photo by Preben Hunstad, © All rights reserved
preben

– charakter treningu ujeżdżeniowego. Chociaż „królowa dyscyplin” wygląda dla postronnego obserwatora lekko, nieco nudno i na pewno przyjemnie, to jaka jest ujeżdżeniowa praca w aspekcie codziennego treningu wie każdy, kto stara się pracować z końmi. Przepracowujemy głównie problemy – i swoje, i konia, spotykamy się z wieloma trudnościami, popadamy we frustrację, bywamy rozczarowani, rozgoryczeni, ba – zrozpaczeni, kiedy nasze wszystkie plany pokrzyżują kontuzje. W tej branży nie możemy również wyznaczać etapów pracy „z zegarkiem”, zakładając, że nauczymy czegoś konia do wtorku, lub w ciągu miesiąca przeskoczymy z klasy N do C. Tutaj nic nie jest pewne i nie jest też w pełni stałe. Perfekcyjny trening przez dwa kolejne dni nie gwarantuje nam, że trzeciego będzie równie dobrze, a nie słabo i nieprzyjemnie, bo akurat konia notorycznie płoszył porywisty wiatr. To wszystko naprawdę może wywoływać złość, zły humor, gniew – w końcu jesteśmy tylko ludźmi, a nie odpornymi na emocje cyborgami.

Gniew czasem może mieć pozytywny aspekt (gdy wkurzony na swoje słabości jeździec zmobilizuje się i wykona trudne dla siebie ćwiczenie), ale nigdy nie jest zaletą. Prawdę mówiąc, to jest grzechem najgorszym ze wszystkich.
Gniew jest słabością, a nie siłą.
Gniew kierowany na konia jest wielkim złem, ale gniew obrócony przeciwko siebie samemu również nie przynosi dobrych rezultatów. Jeśli jestem zła na siebie, że coś mi się nie udaje, nie jestem w stanie wykonać elementu, to będę jeździć więcej, mocniej, agresywniej, zamiast zresetować się i skoncentrować na próbie zupełnie nowego podejścia i otwartego myślenia (gniew wyłącza myślenie). Bywają i tacy, którzy kierują gniew na swojego trenera, albo zabierają gniew ze stajni do domu, do pracy, do szkoły, włączając tę emocję we wszystkie dziedziny swojego życia.

Jak sobie radzić z gniewem?

Konfucjusz, chiński filozof, przezwyciężać gniew radził myśleniem o konsekwencjach. To jest chyba całkiem dobry trop:
– jeśli jesteśmy zagniewani i nasz gniew przeradza się w agresję, możemy zniszczyć naszą relację z koniem. Każde działanie, skierowane wobec konia, pozostawia w nim swój ślad. W naszych rękach leży decyzja, jak w takim razie ukształtujemy naszego wierzchowca.
– jeśli jesteśmy zagniewani, przestajemy logicznie myśleć, stąd nasz skuteczność staje się znacznie mniejsza. Gniew to stanie w miejscu, nie prowadzące do niczego. W gniewie nie nauczymy konia nowego elementu. Nie pojedziemy dobrze czworoboku. Konsekwencją gniewu będzie brak progresu w treningu lub słabe wyniki na zawodach.

aIMG_9635

Ogromną pomocą może być mądry trener, który nauczy nas nie ulegać emocjom. Jeśli jest dobrym obserwatorem, znajdzie najbardziej skuteczna metodę. Gniew można przeczekać (policzę do dziesięciu, obiecuję sobie, że wybuchnę dopiero następnym razem), można go kontrolować (jeśli chcę być dobrym jeźdźcem, muszę kontrolować swoje ciało i swój umysł. Moje ciało nie może ulegać grawitacji, a umysł – emocjom, nad którymi nie może zapanować). Czasami wystarczy sprowadzić gniewnego delikwenta na ziemię i otrzeźwić go przez kontakt z rzeczywistością oglądaną z innego, niż subiektywny punktu widzenia: Słuchaj, wyglądasz na tym koniu jak rzeźnik. Po co to robisz?.

Ugasić gniew może również zaakceptowanie porażek. Nie istnieją tacy jeźdźcy, których kariera byłaby nieprzerwanym pasmem sukcesów. Każdy ma na koncie niepowodzenia, przegrane, albo konie, z którymi nie był w stanie sobie poradzić. Pierwsze miejsce jest zawsze tylko jedno 😉

Jeśli jesteśmy typem osoby, która nosi w sobie niepowodzenia i je rozpamiętuje, nie wsiadajmy na konia w złym nastroju. Stres w pracy, kłopoty w domu, najróżniejsze zmartwienia – nawet korki i ciężki dojazd do stajni mogą zdrowo dać w kość – i już mamy cegiełkę pod całą solidną wieżę gniewu, jaka wybuduje nam się przypadkiem podczas jazdy. To jest ekstremalnie trudne do opanowania. W kiepski dzień lepiej jest przełożyć trening, przelonżować konia lub pojechać do lasu na spacer. Najlepiej natomiast całkowicie się zresetować otwierając stajenne drzwi. Tabula rasa. Nieważne, co było przed chwilą. Teraz jest mój koń i razem z nim jestem ja.

A na pocieszenie mogę jeszcze dodać, że zdecydowana większość ze znanych mi topowych, podziwianych i niezwykłych jeźdźców na swojej drodze do sukcesu przechodziła przed etap gniewu. Ci, którzy nauczyli się nad nim panować – osiągnęli wszystkie założone jeździeckie cele.

14 comments

Skip to comment form

  1. Martyna

    Bardzo mądry, dojrzały wpis- ja mam nadzieję etap gniewu mam za sobą, ale to przychodzi ,,z wiekiem ” :)

  2. Tazol

    Tylko jeden komentarz mi się nasuwa PEACE HARMONY LOVE

    1. quanta

      Owszem, pozytywne nastawienie oraz łagodna stanowczość są bezcenne, ale w pracy z końmi nie można mieć nastawienia „zawsze koffamy konisie!” 😉 To jest raczej ride with your mind, work with your mind, train with your mind. Niedawno czytałam o badaniach, w których mierzono poziom stresu koni w intensywnym treningu sportowym i lekkiej jakby się wydawało rekreacji (konie szkółkowe). Znacznie bardziej zestresowane były… poczciwe rekreanty. Od konia w mocnym treningu owszem wymagamy dużo, jest on narażony na stres, ale ma szansę rozumieć stawiane przed nim wymagania, a presja zawsze kończy się razem z wykonanym zadaniem. Konie rekreacyjne nie miały wpływu na nic, nic również nie rozumiały z komunikacji z jeźdźcem, a ilość czasu, jaki musiały spędzić pod siodłem nie zależała od tego, czy swoją pracę wykonywały chętnie i dobrze, czy niechętnie i niestarannie.

      1. Tazol

        Daleka jestem od nastawienia „mój cacy koniś” :-) w odniesieniu do wpisu o Gniewie pisząc PEACE HARMONY LOVE bardziej miałam na myśli, że panowanie nad naszymi emocjami czyli spokój i świadomość własnych emocji (wielu ludzi ma bardzo niską świadomość emocji – mówię to jako terapeuta z doświadczenia) prowadzi do harmonii czyli świadomego jeżdżenia i dawania sobie i wierzchowcowi przestrzeni na gorszy dzień. Akceptacja faktu, że jeździectwo to wieczna sinusoida prowadzi natomiast do czerpania z niego doświadczeń pełnymi garściami i to wtedy osiągamy LOVE.

  3. Magda

    Ja przez bardzo długi czas nie umiałam poradzić sobie z jeździeckimi porażkami. Przez 2-3 lata miałam poczucie, że ja i mój koń wcale się nie rozwijamy pomimo MOJEJ (no bo przecież nie jego) ciężkiej pracy. Na każdej jeździe mój gniew przechodził przez różne etapy: najpierw pojawiała się złość na siebie bo np. czułam, że jestem jakaś taka niestabilna w siodle; potem złość na konia, pomimo pełnej świadomości, że to mój dosiad jest danego dnia przyczyną większości problemów; tutaj repertuar technik rzeźniczej szkoły jazdy; a na samym końcu złość na siebie przeplatająca się z poczuciem winy. Za każdym razem obiecywałam sobie, że już więcej do takich incydentów nie dojdzie i zawsze kończyło się tak samo.
    A jak radzę sobie z gniewem teraz?
    1.) Tak jak pisałaś, nie wsiadam na konia kiedy mam ewidentnie zły dzień. Pozwalam sobie na to. Nauczyłam się nie mieć poczucia winy, dlatego, że danego dnia nie wsiadłam i albo szukam innej, „bezpiecznej” formy spędzenia czasu z moim koniem, albo w ogóle nie pojawiam się w stajni.
    2.) Nie wsiadam z założeniem, że na danej jeździe zrobię TO, TO i TO. Wsiadam i jadę najlepiej jak potrafię. Bawię się przerzucaniem uwagi z jednej części swojego ciała na drugą, wzmacniam je i czekam na odpowiedź konia.
    3.) Daję koniowi przestrzeń na jego pomysły. I nie mówię tu o podejściu „rób co chcesz, a ja się poobijam”. Daję mu zaproszenie do wykonywania danego elementu i włożenia w niego cząstki siebie. Wtedy to jest nasz element. Nie tylko mój. Oboje bierzemy odpowiedzialność za to co się dzieje. Obojgu z nas coś wychodzi lub nie.
    4.) A jak wychodzi, to trzeba to zauważać! Często uważamy, że jak coś jest poniżej pułapu naszych oczekiwań, to powinniśmy tylko wymagać i dociągać do oczekiwanego poziomu pomijając wszystko to, co już jest jest dobre. Tylko my, jeźdźcy, nigdy nie możemy usiąść i powiedzieć „No, to jest idealnie, już więcej nie chcę”. I albo zaczniemy się cieszyć z tego, co już wychodzi, albo zawsze będziemy niezadowoleni. A z doświadczenia wiem, że kiedy cieszymy się, że coś wychodzi, to zaskakująco szybko zaczyna wychodzić nam coraz więcej 😉

  4. Magda M.

    Gniew, niestety bardzo dobrze to znam. Jest mi bardzo ciężko powstrzymać negatywne emocje kiedy jeżdżę na jednej z moich klaczy, jest to ewidentny przykład braku dopasowania konia i jeźdźca. Dlatego ostatnio podjęłam słuszną decyzję o jej sprzedaży. Chociaż od 6 miesięcy pracujemy pod okiem dobrego trener, który przede wszystkim uspokoił mój charakter, to jednak wiem, że ani koń, ani ja nie rozwiniemy ze sobą skrzydeł (nie teraz, nie z moimi jeździeckimi brakami). Keep calm and ride on :)

    1. quanta

      Magdo, jeśli faktycznie czujesz, że nie pasujesz do końca, to decyzja o rozstaniu, chociaż często niełatwa, jest zawsze w 100% słuszna. W jeździectwie zawsze jest para. Ecki Wahlers przepięknie potrafił to określić, mówiąc na przykład „gram z tym koniem na jednej gitarze!”. Jeśli nie ma wspierającej się drużyny, to jazda konna nigdy nie osiągnie poziomu sztuki. A brak dopasowania jeźdźca i konia może dotyczyć najróżniejszych kwestii. Chociażby poprzedni właściciel Grzybowego – co z tego, że koń zapiera dech w piersiach, jak jest drobny i niewysoki, a siedzi na nim rosłe, barczyste i umięśnione konisko? Tutaj też na pewno pojawiały by się chwile, kiedy we wzajemną relację wplatałby się gniew. Chociażby z powodu docinków innych zawodników podczas startów 😉 Nawet i sam koń zapewne by się gniewał musząc radzić sobie trudniejszymi zadaniami, będąc obarczonym z niemałą wagą jeźdźca. Niby drobiazg, ale jednak istotny.

  5. kokos

    Ja też mam ma to za sobą, ale był ten etap. Też zauważyłam w pewnym momencie że czasem potrafiłam się wyżyć na koniu za to, gdy miałam zły dzień :( tzn. dla ścisłości nie wchodziłam do boksu z batem i nie biłam konia aż mi ulżyło. Po prostu wsiadałam i na jeździe się czepiałam konia o wszystko. Koń po takiej jeździe był zwykle po prostu nieszczęśliwy i zniechęcony. Jak sobie to uświadomiłam to przestałam w ogóle wsiadać, gdy tego inne wydarzania zbliżały (lub przekraczały) granice mojego spokojnego, zazwyczaj, usposobienia.

    Nie mówię, że teraz już wcale się nie denerwuje, ale z pewnością umiem tego skutki powstrzymać. Jadę sobie wtedy do lasu na spacer, albo na placu cała jazdę stępuje robiąc najprostsze ćwiczenia.

    Jeszcze zauważyłam taką prawidłowość, że jak konia ukaże tak na zimno bez emocji (myśląc!!) to wtedy nie powoduje to u niego długiego stresu. Chodzi mi o to, że jak na spokojnie dojdę do wniosku że w kłusie nas motyle prześcigają, koń mocniejszą łydkę ma gdzieś to wtedy daje mu tym batem po tyłku. I jego reakcją jest podgalopowanie, na które pozwalam (bo najgorsze co widzę to popędzanie koni w przód za pomocą bata i jednoczesne szarpnięcie za pysk :/ ), przechodzę znów do kłusa i koń zazwyczaj idzie spokojnie, już nieco żwawszym, kłusem.
    Jednak jak zrobię podobną czynność, ale tym razem będę wkurzona. To koń po takim ukaraniu sieje mi panikę na jeździe. Staje się elektryczny,sztywny i niepewny.

    Czują te koniki, więcej niż na początku może wydawać.

  6. Ola

    Chyba każdy miał/ma/będzie miał taki etap 😉 też niestety przechodziłam, bo frustrowałam się, że nie uczę się tak szybko, jak chciałabym. Koń złoto, trener super, a ja nie mogę załapać, jak zrobić łopatkę w kłusie 😀 aż w końcu wrzuciłam na luz i wszystko powoli się ułożyło w całość.

    Teraz koń jest dla mnie super odskocznią i odpoczynkiem po hałaśliwej pracy z klientami w sklepie. Przyjeżdżam, włączam reset, daję jabłko i już wiem, że będzie nam miło :)

  7. Zuza

    Świetnie ujęte, całkowicie się zgadzam. I myślę że każdy z nas doskonale rozumie, poprzez własny przykład, jak trudna i żmudna jest praca nad sobą, a szczególnie nad gniewem…
    Mam natomiast pytanie i bardzo zależy mi, żeby przeczytać Twoje zdanie na ten temat, choćby bardzo ogólne. Pisałaś ostatnio na re-volcie o książce „Ujeżdzenie na XXI wiek” i tam, w pierwszym cytacie, była mowa o niezbędności wędzidła w prawidłowym treningu. Staram się nie zakładać, że jest „Jedyna i Prawdziwa” droga, ponieważ jestem na etapie poszukiwań (bardzo żmudnych jak na razie :))… Być może ta droga nie jest jedyną, ale najlepszą. Nie o to chodzi. Jestem ciekawa, co wg Ciebie mogłoby obalić to twierdzenie (o niezbędności wędzidła), czy w ogóle jest taka rzecz? Co ktoś by musiał zrobić, pokazać? Czego wg Ciebie brakowałoby koniowi szkolonemu bez wędzidła? Założmy że ktoś ma naprawdę dobrego konia, ale przez jakiś wypadek koń nie może chodzić z wędzidłem. Przecież to nie musi oznaczać rezygnacji z jazdy i prawidłowego rozwoju?
    Chciałabym dodać że nie jestem opętanym naturalsem, wg którego wędzidło to zło najwyższe albo że w ogóle najlepiej zostawić konie w spokoju na łąkach :) Uważam że to narzędzie takie jak każde inne, samo w sobie- neutralne. Dopiero to jak go używamy czyni coś dobrego (rozwój) lub złego… W każdym razie myślę że odpowiedź na to pytanie pozwoli mi lepiej zrozumieć wiele rzeczy, lub skłoni do nowych rozważań czy poszukiwań. To trochę tak jak w książce Mary Wanless – gdy chcemy nauczyć się świadomego rozluźniania jakiejś części ciała, możemy najpierw nauczyć się świadomie ją napinać, a wtedy będziemy wiedzieć jak przestać to robić :))
    Pozdrawiam serdecznie i z niecierpliwością czekam na każdy wpis!

    1. quanta

      Czego mi brakuje w jeździe bez wędzidła?
      Przede wszystkim kontaktu. Precyzji. Subtelności sygnałów. Połączenia. Na dalszych etapach – płynności w wykonywaniu zadań, dzięki czemu stają się one całościowym programem, a nie seryjnym wykonywaniem sztuczek. A także jasnego wykazania, że udało się konia prawidłowo wyszkolić w ten sposób, aby w pełni zaakceptował on kiełzno, przyjmując je lekko i chętnie. To wcale nie jest takie łatwe i oczywiste i po pierwsze świadczy o kunszcie szkoleniowca, a po drugie jest dowodem na prawidłowość procesu szkoleniowego.
      Odwrócę trochę Twoje dociekania i w takim razie zapytam, co Tobie przeszkadza w wędzidłach? Skoro zastanawiasz się / rozważasz / interesuje Cię szkolenie konia bez kiełzna?
      Raczej wypadki, po których koń nie może przyjąć wędzidła to nie jest jakaś szczególnie powszechna kwestia – zatem – ?

      1. Amelia

        ja jestem też wędzidłowa (choć i na sznurku lubię klepać raz na jakiś czas :p), ale bardzo lubię popatrzeć na pary jak ta, która bezwędzidłowe i bezogłowiowe jazdy traktuje jako relaks i mały sprawdzian :) https://www.youtube.com/watch?v=JwyHqmsAXRs
        Utę Graf też widziałam na bezwędzidłowym i moim zdaniem dobrze, aby takie osoby pokazywały się i z „bezwędzidłowej” strony, bo to uciera nosa antysportowcom święcie przekonanym, że ujeżdżeniowcy bez wędzidła nie wykonają żadnego z trudniejszych elementów 😉

        1. quanta

          Tylko te konie są ujeżdżone i przygotowane do tego poziomu na wędzidle. Kiedy już się ma takiego super wyszkolonego konia, to żaden problem zabrać mu kiełzno. Skwarek wszystkie elementy trzaskał również i bez tranzelki – to raczej nie jest żaden wyczyn 😉

          1. Amelia

            o tym właśnie mówię, że dobrze to traktować jako relaks, ale na pewno nie główny sposób na jazdę sam w sobie, jeśli mówimy o naprawdę wysokim ujeżdżeniu. A że to żaden wyczyn, to niby każdy wie – ale sama wiesz jak jest 😉 Ja na każdym kroku spotykam się ze stwierdzeniami, że ogółem konie sportowe są wykorzystywane ponad swoje możliwości, co więcej, zmuszane do pracy i spróbuj takim wbić, że jednak tak nie jest… :)

Odpowiedz na „kokosAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *