«

»

lip 29

Przejścia: bezcenne

Dawno nie było nic jeździeckiego (w ogóle zalegam z wpisami, ale cóż, mam teraz kocioł stajniowo-pracowy (w pracy urlopy, a w stajni Zombie dla odmiany skończył urlop i rozrabia, heh). O ile mi się uda, czas zacząć nadrabiać 😉

Więc dzisiaj przejścia i zaczniemy cytatem:

Carl Hester: “You should ride about 200 transitions per session – fwd & back to make the horse rideable & on the aids”
— Horse & Hound (@horseandhound) November 24, 2012

Zaraz, zaraz – ile? 200 przejść na dajmy na to godzinną sesję treningową, to – odliczając początkowy i końcowy stęp – daje nam jedno przejście co 12 sekund. Ale jak to? To przecież w takim czasie nawet raz nie obejdziemy galopem czworoboku? I ciągle te przejścia?

Tak źle 😉 na szczeście nie jest. Przejścia to nie tylko mogą być robione pomiędzy chodami, ale również w ramach jednego chodu. To fwd&back to nic innego jak forward and back, rozjeżdżanie do przodu i wycofanie, dodanie i skrócenie. Taka praca niesie ze sobą masę pozytywów – po pierwsze, świetnie gimnastykuje konia i poprawia jego równowagę, osadzenie na zadzie. W ten sposób koń nie musi „robić kilometrów”, żeby bardzo intensywnie popracować.

Kolejny plus to możliwość stałego sprawdzania reakcji na pomoce, skupienie na nich konia i wyczulenie na subtelne zmiany. Nie sprawdzimy, czy koń odpowiada na nasze sygnały, jeśli sobie będziemy po prostu krążyć nie robiąc i nie wymagając nic.
Skoro jesteśmy przy odpowiedzi na sygnały, to warto przeprowadzić na własnym koniu prosty test. Jedziemy przed siebie stępem na swobodnej szyi, siedzimy luźno, nie rzucamy się górą i tylko zamykamy same łydki czytelnym, ale bardzo lekkim sygnałem, takim delikatnym: tik! Absolutnie bez użycia siły, zaciskania się, łydka ma jedynie musnąć/dotknąć koński bok bez napięcia i pozostać luźna. Czy nasz koń w ogóle zakłusuje? Czy zrobi to bez ociągania, albo rzucenia się do przodu, płynnie, od zadu, bez pomagania sobie głową? Jeśli nie, to znaczy, że reakcję na łydki mamy do poprawki.

Przejścia są doskonałym rozwiązaniem na pojawiające się problemy z pracą w danym chodzie. Marne szanse, żeby zmienić coś w np. spieszącym, drobiącym galopie w ten sposób, że będziemy niedobrze galopować 3 kwadranse czekając na cud. Wręcz przeciwnie – pozwalając koniowi poruszać się niewłaściwie tylko ugruntujemy jego nawyki i dopracujemy „autopilota” w jego sylwetce. W niższym, łatwiejszym dla nas chodzie mamy sami czas i sposobność, żeby poukładać i skontrolować własny dosiad. Jeśli wszystko jest ok, wracamy do tematu wykonując przejście w górę. Jeśli koń wykona je prawidłowo, pierwszych kilka kroków będziemy mieli najpewniej również prawidłowych. W momencie kiedy czujemy, że coś się popsuło (rytm, zaangażowanie tylnych nóg, kontakt, pojawiło się usztywnienie) robimy z powrotem przejście w dół i korektę.

Moje dwa pierwsze miesiące pracy z Zombim pod okiem trenera polegało praktycznie na jeździe tylko przejściami i w dodatku głównie w kłusie (bo galop był zbyt trudny i za bardzo poza równowagą, żeby w ogóle spróbować się go dotknąć, natomiast w stępie też nie należało nic kombinować, żeby uniknąć zaburzenia rytmu). Zombie na sygnały do przejścia w górę reagował „z pewną taką nieśmiałością”, zastanawiając się „ale czy na pewno mogę?”. Na pomoce do przejścia w dół nie reagował wcale. Pierwszym tematem do przerobienia było zatem „czy” my w ogóle zrobimy przejście. Jak już odpowiedź brzmiała „tak”, to na tablicy pojawiła się kolejna kwestia „jak szybko zrobimy przejście?”. Najpierw 5 sekund, potem 3, 2, 1, a w końcu – reakcja od razu. Znowu zatem została podniesiona poprzeczka wymagań i naszym kolejnym zagadnieniem stało się „jakie zrobimy przejście?”. Czy będzie w dobrej  równowadze, a koń od początku do końca zmiany chodu zostanie na pomocach? Może jak się to wszystko czyta, to jest to kwestia tylko kilku gładkich zdań, ale w praktyce, na pomysłowym końskim grzbiecie była to długa i niełatwa droga do przebycia.
U Karola mam dokładnie odwrotny temat. On na każde przejście najchętniej by wyfrunął, wyskoczył pod niebo. Najlepiej w bardzo wysokim ustawieniu, bo mu przecież tak wygodnie, i jeszcze z efektownym wyrzutem przednich nóg, bo je ma dość lotne, więc czemu nie :rolleyes: No właśnie jednak nie – przejście ma koń zrobić skupione we własnym ciele, zabierając ze sobą energię, a nie emitując ją na zewnątrz przed siebie (a u Eno tej emisji takie ilości, że można by mu zamontować na łopatkach reflektory od 16to-kołowego tira i pewnie elegancko by sobie oświetlał drogę).
Skwarek to stary oszukista. Każdy, kto na niego wsiądzie jest zachwycony łatwym kontaktem i dobrą reakcją na łydkę. Tymczasem Skwierczyński dobrze wie, jak pozorować swoje udawane zaangażowanie. Na łydkę odpowie z 1,2-sekundowym lagiem, ruszając potem dziarskim kłusem. Niby wszystko fajnie, ale spróbujcie potem mieć takie opóźnienie i pojechać sobie piaff, albo przejście z piafu do kłusa i odwrotnie. Tiaaa… Druga ukochana Skwarkowa ściema to nieznaczne uniesienie szyi w samym przejściu, naprawdę takie bardziej na wyczucie niż do zauważenia, bo końcówka wodzy na pierścieniach wędzidła uniesie nam się raptem z centymetr, a szyja pozostanie nadal okrągła. Łatwo dać się zwieść, bo gdyby nie łabędzia szyja Skwarka (którą swoją drogą nie wiem po kim odziedziczył, bo jego matką była najbrzydsza folblutka świata*, a ojcem hanower również ze sporym dolewem xx) było by widać, że szyja się prostuje, a jej uniesienie pozwala spuścić most zwodzony z pleców. Przednie nogi dobrze, tylne nogi dobrze, tylko w siodle uczucie takie, jakby jechać na wielbłądzie, akurat mieszcząc się razem z siodłem w międzygarbnej niecce.
Te wszystkie dziwne końskie pomysły staram się sprowadzić do wspólnego mianownika, czyli prawidłowej reakcji na pomoce w przód. Właściwie podobnej do tego, jak rusza się samochodem. Samochód cały zabiera nas razem ze sobą, nie wyskakuje przodem, nie wydłuża się i nie rozciąga, nie odpada mu po drodze tylna oś z kołami 😉 Z przodu mamy dłonie ułożone na kierownicy, której nie musimy kurczowo trzymać, szarpać, przyciągać do siebie, która nie urywa się przy dodawaniu gazu i nie zostaje nam pusta w rękach. Fotel w aucie elegancko nas unosi, tzn. ciałem czujemy lekkie wciskanie nas w dół. No i mamy nasze dobre przejście 😉

Trudne to całe jeździectwo jak diabli 😡 😆

Nie mam żadnych świeżych zdjęć z fajnymi przejściami, więc wrzucam kilka rozgrzewkowych Karaczanków:

IMG_6409

IMG_6273 IMG_6340  IMG_6442

* no, może z najbrzydszą przesadziłam, ale urody to jej zdecydowanie bozia poskąpiła. Szczęściem dzieci lęgła w ojców, chociaż w przypadku Skwarunia to podejrzewałabym jakiś mezalians 😉

9 comments

Skip to comment form

  1. Moon

    Porównanie z samochodem – made my day! Ale jakie trafne! 😀

  2. lili

    Karolek prezentuje się elegancko w tym czapraku i białych ochraniaczach – jest szał :)

  3. Ania

    Fakt, trudne to jeździectwo, ale jak się Ciebie czyta i ogląda na zdjęciach to jakoś mniej 😉

  4. Zoś

    Wszystkie wpisy super! Nie tylko ten. Produkuj więcej 😀

  5. Natalia

    Trafiłam na Twojego bloga z profilu HB Contact na FB. I to chyba najciekawszy polski blog jeździecki z jakim się spotkałam! Jestem zachwycona :) Świetnie piszesz – ciekawie, lekko, z humorem… Notki są zróżnicowane, zdjęcia bardzo ładne, a Twój dosiad niesamowicie mi się podoba! Inspirujesz mnie do lepszej jazdy :) Gratuluję, rób tak dalej. Przeczytałam wszystko do tej pory i będę czytać wszystko co napiszesz :)

  6. m :)

    Będzie w najbliższym czasie jakiś wpis o dopasowaniu wędzidła? jestem na tym etapie,szukam i grzebię w najróżniejszych a pewnie popełniam przy tym podstawowe błędy.

  7. Ania

    motywujesz 😉
    planujesz może jakiś wpis na temat lonżowania młodych koni? Niecierpliwie czekam na taki, szczególnie po tym jak pokazałaś jak się Karolek zmienił 😉

  8. Natalia

    Przejścia ehh lepiej nic nie mówić.
    Notka super <3

  9. tuch

    Odkopuję stary wpis, jednak wracać do podstaw trzeba.
    Czy mogłabyś napisać, bądź podpowiedzieć gdzie można znaleźć ćwiczenia jak robić dobre przejścia i jak je doskonalić. Skąd wynikają największe błędy i jak ich unikać. W jakiej konfiguracji robić przejścia, w którym momencie, w jakim miejscu. Jak sprostać niecierpliwym końskim oszustom, które tylko czekają na galop i ruszają „z piskiem opon” prostując szyję i wymachując przy tym odnóżami, lekceważąc pomoce. Jak ostudzić reakcję do przejść w górę, bez zgadywanek. A jak zachęcić do lepszego zaangażowania przy przejściach w dół.
    Zdecydowanie najlepszym mentorem jest trener stacjonarny, jednak sporo jeżdżę sama i czasem brakuje mi pomysłów na zadania domowe „poćwicz przejścia”.
    Zagalopowania z trawersu rozpracował. Jak tylko odczuje, że po trawersie nastąpi zagalopowanie, sam trawers jest ultra przepiękny, jak nigdy, ale samo zagalopowanie „wyrywa z butów”.
    Najlepiej jak dotąd zadziałało ćwiczenie łopatką do wewnątrz na kole (w kłusie lub stępie), tuż przed samym zagalopowaniem. Tego się trzymać? Czy zmienić ćwiczenie? A może zmienić na kilka różnych ćwiczeń z użyciem łopatki do wewnątrz, żeby uniknąć zgadywania?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *