«

»

kwi 20

Piękno w jeździectwie i łyżka truskawkowego dżemu :)

Słowo po niedzieli o jeździectwie :)

Od miesiąca mam pod opieką nową stażem parę i polejny raz staję się świadkiem tego, co w ujeżdżeniu jest najpiękniejsze. Tego momentu, kiedy jeździec po raz pierwszy odkrywa, jak ustawić konia na pomoce i po raz pierwszy udaje mu się to zrobić, jadąc w pełnej harmonii i zgraniu ze zwierzęciem..

Jest to tak niesamowite uczucie, że reakcje jeźdźców są naprawdę niezwykłe. Od standardowego uśmiechu dookoła głowy, przez niedowierzanie, plaśnięcie się w czoło z okrzykiem: „A więc to o to chodziło!”, albo nawet płacz ze szczęścia.
Dla mnie, kiedy działam sobie jako pomoc z ziemi, to jeden z najbardziej satysfakcjonujących i wspaniałych momentów w jeździectwie. Przebijający nawet jazdę na super młodych koniach! 😉 Piękniejszy, niż oglądanie doskonale wykonanych przejazdów Grand Prix na Eurosporcie. Dlaczego piękniejszy? Dlatego, że osiągalny dla każdego, kto chce się nauczyć dobrze jeździć konno, a nie tych dla tych, którzy mają szczęście być urodzonymi jeździeckimi talentami lub mieć dostęp do wyjątkowo uzdolnionych koni.

IMG_0066

Kiedy koń przychodzi do pomocy jeźdźca zmienia się dosłownie wszystko. I koń, i jeździec, w jednej chwili ze zwyczajnych, niespecjalnie łapiących za oko lub po prostu wyglądających słabo – stają się piękni. Koń, który przed chwilą jeszcze dreptał niemrawo sztywnymi nogami z wiszącym brzuchem i szyją przypominającą przewlekle chorego dinozaura w mgnieniu oka zmienia się w łapiące za oko, dumne zwierzę: podciąga brzuch, niesie przed sobą elegancką i ułożoną w swobodny łuk szyję. Jego chody stają się elastyczne, wyniosłe i obszerne. A przy tym niespodzianka – jeździec wreszcie może usiąść. Nagle jak ręką odjął gdzieś znikają usztywnienia, krzywizny i te wszystkie problemy, z którymi ciało jeźdźca zmaga się na co dzień: nierówno niesione i asymetrycznie działające ręce, wzrok wbity w konia, garb, podciągane do góry kolana. Sylwetka jeźdźca – zamiast chwiejnej, niepewnej, zagubionej – zaczyna wyglądać jak sylwetka profesjonalisty. Wszystko intuicyjnie i bez wysiłku jest na swoim miejscu. Sprawny i nienaganny jeździec staje się świadomym partnerem zadowolonego, rozluźnionego i chętnego do współpracy konia.

Na taki obrazek mogłabym patrzeć z zachwytem chyba do końca swojego życia :) Wcale nie trzeba przeglądać Eurosportu, aby oglądać na żywo piękne i godne podziwu pary!

Taki zupełnie zwyczajny, pozornie nie łapiący za oko konik, którego miałam okazję jeździć przez pewien czas i z uwagi na charakter i łatwość pracy niezmiernie miło go wspominam. Każda para może prezentować się pięknie i elegancko :)

IMG_4426

Za każdym razem jednak, kiedy obserwuję taką jeździecką eurekę, nachodzi mnie też smutna refleksja. Dlaczego tak wielu jeźdźców, z których gros ma własne konie, latami kręci się w kółko i do tej prawdziwej, prawidłowej sylwetki nigdy nie dojeżdża? Nigdy nie odnajduje „tego” uczucia? Owszem, jeźdźcy jeżdżą, czytają pilnie dostępne publikacje, wykupują treningi, ale wciąż i wciąż pojęcia: „koń jest przed łydką”, „jest przepuszczalny”, „koń ustępuje w potylicy”, „jest jechany od tyłu do przodu”, „koń przychodzi do kontaktu” to wciąż tylko puste hasła. Teoria nie przekłada się na praktykę, która sprowadza się do tego, że jedziemy konia bez użycia nóg, bez prawidłowej odpowiedzi na łydkę i mniej lub bardziej trzymając jego głowę zganaszowaną na wodzach.

Dlaczego tak się dzieje? Są co najmniej dwa główne powody. Po pierwsze, tak naprawdę nie umiemy, albo boimy się – spróbować. Taki mechanizm działa w ten sposób, że robimy coś, co wydaje się nam prawidłowe, to coś nie działa, ale skoro sądzimy, że tak to właśnie powinno wyglądać, to nie będziemy zmieniać własnych poczynań, licząc, że w końcu przyniosą efekty (albo nie będziemy ich zmieniać, bo to koń jest problemem: jest dziwny i jakoś tak to on nie chce działać). Kolejne ograniczenie wiąże się z obawą, przeważnie przed tym, że zepsujemy. To jest całkowicie ślepy zaułek jeździectwa. Jeśli coś nie działa, to już jest źle, czyli nie możemy obawiać się, że coś popsujemy. Takie podejście to naprawdę błędne koło, bo największym psuciem jest właśnie utrwalanie i ugruntowywanie problemu: braku odpowiedzi na pomoce, długotrwałej jazdy na sztywnym koniu, reakcji oporu na żądania jeźdźca, braku podporządkowania czy wreszcie w ogóle braku jakiegokolwiek wzajemnego zrozumienia się stron układu koń i jeździec. Nawet jeśli byśmy mieli cokolwiek psuć, to w koniach na szczęście prawie wszystko można z powrotem naprawić 😉

Druga z przyczyn utknięcia na złym etapie to brak szkoleniowców i to brak takich, którzy potrafią edukować. Dobre 3/4 z nich sprawia wrażenie, jakby samemu nigdy nie dojechało do tego magicznego przejechania konia przez pomoce. Są w tej samej sytuacji, jak ich podopieczni, tzn. ucznia od trenera dzieli głównie staż. Inni nie potrafią wytłumaczyć i pokazać tego, co chcieli by przekazać. I niestety dotyczy to w dużej mierze tych utalentowanych jeźdźców, którzy pracują z koniem intuicyjnie („przecież to proste, co tu jest do tłumaczenia”). Niestety faktycznie ciężko jest opisać słowami, co takiego jeździec ma w danej chwili zrobić. Ja na przykład staram się pokazać na wodzy, co jeździec powinien poczuć, jak działać ręką, z jaką siłą, czy w którym dokładnie momencie koń prawidłowo reaguje i powinniśmy pochwalić jego odpowiedź. To samo robię z nogami amazonek 😆 Symptomatyczne jest to, że jeźdźcy, którzy zadziałali ciałem i uzyskali pożądaną reakcję, czyli przyjście konia na pomoce, sami nie są w stanie opisać, co takiego zrobili. Tak bardzo to wszystko polega na wyczuciu i odpowiedzi na zachowanie konia, wspólnym dialogu na bieżąco, że kilka minut później na sucho trudno go przywołać w pamięci. Wyczucie z kolei wymaga wyjeżdżania jeździeckiego stażu, kolejnych godzin spędzanych w siodle. Nie można obiecać kiedy, ale jeśli ktoś konsekwentnie czeka i szuka – to zawsze udaje się znaleźć te właściwe uczucia.

dzem

Do tego czasu trzeba jeździć i po drodze popełniać błędy, nie zrażając się tym, że coś nie działa. Niesamowicie dodającą po drodze otuchy jest opowiastka Kyry Kyrklund o truskawkowym dżemie :) Te wszystkie niezbędne do prawidłowej jazdy uczucia (przepuszczalność, bycie przed pomocami) jest opisać tak trudno, jak trudno byłoby opisać smak truskawkowego dżemu. Bo jaki jest dżem truskawkowy? Słodki? To nam daje tysiące jadalnych rzeczy, które tak smakują. Jest z owoców? Nadal nie to. Ma pestki? Można tłumaczyć cały dzień, ale nadal nie sprawi to, że poczujemy w ustach smak truskawek. Jeśli jednak spróbujemy chociaż łyżeczkę dżemu, to będziemy doskonale wiedzieć, jak dokładnie jest to smak.

Trzeba zatem jeździć dotąd, dopóki uzyska się pewność, jak smakują truskawki :)

29 comments

Skip to comment form

  1. Kaja

    Quanta super wpis jak zawsze, ale koniecznie opowiedz co z tym Twoim lotem z Grzybowego i jak tam Fugu po przebojach z nakostniakiem :)

    1. quanta

      Ufff… Jeśli najważniejszą i najciekawszą informacją do wyczytania na moim blogu jest to, że „księżniczka Anna spadła z konia” to ja chyba po prostu powinnam przestać pisać :(
      Na szybko gorąco polecam wpis o spadaniu z Suchara, obiecuję też kiedyś ze szczegółami opowiedzieć, jak spadłam z kucyka…
      http://quantanamera.com/najgrzeczniejszy-kon-w-stajni/

      Nawet biedna Fugu, która zaliczyła zabieg w pełnej narkozie dopiero druga w kolejności po locie z konia, buuuu 😥

      1. Kaja

        Oj Quanta nie o to chodziło!
        A kolejność naprawdę miała tu małe znaczenie.
        Nie dąsaj się, bo ja tu i tak codziennie zaglądam, czy coś nowego się pojawiło, a akurat na Fugu zwłaszcza czekałam, czy wszystko poszło ok.

        Foch źle robi na urodę! :)

  2. yvonne

    Ehh najgorzej mają Ci, którzy posiadają chęci do pogłębiania wiedzy, umiejętności i w reszcie świadomego jeździectwa, ale niestety finanse nie pozwalają na to…
    Wpis na prawdę świetny! :)

    1. quanta

      Jest sporo możliwości, które teraz pozwalają finanse chociaż trochę obejść. Chociażby youtube z niesamowitą ilością filmów szkoleniowych. Ja po paru latach pracy z różnymi trenerami w pewnym momencie zdecydowałam, że zacznę jeździć sama i szukać na własną rękę. Kiedy wróciłam do regularnych konsultacji z trenerką miło było przekonać się, że te moje poszukiwania zaprowadziły mnie w całkiem dobrą stronę :)

      1. Ola

        Totalnemu amatorowi ujeżdżenia, który trzyma się na koniu tylko i wyłącznie silą grawitacji, filmy szkoleniowe absolutnie nic nie dadzą 😉 są wartościowym źródłem wiedzy, kiedy mamy już opanowane podstawy i potrafimy kontrolować własne ciało.
        Korekta jeźdźca wiąże się nieodłącznie z korektą konia, bo nie da się dobrze usiąść na koniu, który jest sztywny jak kij od miotły, nie pracuje grzbietem i nie akceptuje kontaktu (czyli niestety cała masa rekreacyjnych koni).

        I tego nie da się przerobić za pomocą filmów z yt czy klinikami, jeśli sami kompletnie nie mamy pojęcia do czego dążyć, bo w życiu nie siedzieliśmy na koniu przepuszczalnym, elastycznym, z dobrym ruchem w przód a nie w tył 😉
        To wymaga niestety nakładów finansowych, mniejszych czy większych.

        1. quanta

          Olu, ja jeździłam długo z trenerami i to mi nie za wiele dawało. Ba, nawet kiedy oni wsiadali na konia i mieli treningi prowadzone z ziemi, to jakoś wyglądało to wszystko o wiele lepiej, niż kiedy pracowali na własną rękę. Po co zatem płacić niemałe pieniądze komuś, kto się uczy jeździć na moim koniu? Sama to mogę robić zupełnie za darmo 😉 Wychodząc z takiego założenia wzięłam się za siebie. Moją pomocą z ziemi został przeszkolony na filmach z youtube TZ. Nagrywał mnie podczas jazdy – pokazywałam mu to wszystko, z czego nie byłam zadowolona, polecając mu w kolejnym treningu mocno mnie pilnować. Zamiast chłopa można spokojnie postawić koleżankę ze stajni.
          Warsztat jeźdźca to jest podstawa, nie ma mowy o pracy z koniem czy ustawieniu go na pomocach, jeśli nie ma się równowagi, dosiadu, niezależnego działania łydki oraz ręki. To tak, jakby zamarzyła się kaligrafia, a ręka drżała i nie była w stanie utrzymać pióra – w ten sposób nic z tego nie wyjdzie. Do pracy nad sobą nie potrzeba jakichś szalonych nakładów finansowych.

          1. aleqsandra

            Muszę to potwierdzić, choć daleko mi do dobrego jeźdźca i dużo w koniu na przemian psuję i naprawiam, rzadko mam okazję pojeździć z trenerem, za to męczę wszystkich towarzyszy o filmy i zdjęcia i sama staram się jak najwięcej myśleć.

            Niemniej to, do czego samemu czasami dochodzisz miesiącami, z dobrym trenerem można załatwić w kilka dni.

            Niestety o dobrego trenera jest bardzo ciężko… :(

          2. quanta

            Ciężko, ja w pewnym momencie przejeździłam zupełnie sama dobre 1,5 roku. Strasznie powoli to wszystko wtedy szło, ale pozwoliło mi usystematyzować własne umiejętności, a także szczerze rozliczyć się z błędami czy brakami, na które wcześniejsi trenerzy nie zwracali uwagi.

  3. Moona

    Dla mnie niesamowite jest to, że jak jeździec po raz pierwszy trafi na taki naprawdę super moment, to nie potrzeba człowieka z boku, który powie, że to jest to, jeździec sam się natychmiast zorientuje, że to musi być TO!
    I to, jak dobrze potem działa pamięć ciała – na innym koniu, zupełnie innym w odczuciach, będzie wiadomo do czego się dąży i czy to już jest „to” czy jeszcze nie :)

    1. quanta

      Dokładnie – stąd może od razu wskazówka dla wszystkich osób poszukujących smaku truskawkowego dżemu: jeśli wciąż nie masz pewności, czy tak powinna wyglądać Twoja jazda i czy w taki sposób masz odczuwać reakcje konia – to nie jest to, musisz szukać dalej. Jeśli raz tam dojedziesz, to masz 100% pewności, że to jest właśnie to miejsce.

      1. Olga

        Może głupie skojarzenie, ale przypomniały mi się wątki na forach, które podczytywałam z pytaniem „czy to był orgazm?” i odpowiedzi – „jeśli masz wątpliwości, to znaczy, że nie był” ;).

        Ja co prawda nie jestem trenerem i daleko mi do tego jeszcze (i pewnie nie dojdę, nie czuję takiej ambicji :)), ale z punktu widzenia jeźdźca to uczucie też jest niesamowite (przeżyłam w ostatni piątek :D). Bardzo budujące jest również, gdy trener się cieszy – to uskrzydla dodatkowo.

        1. Zuz.

          Porównanie do orgazmu podbiło moje serce <3

          1. quanta

            No właśnie, szkoda, że nie ma tutaj możliwości lajkowania komentarzy 😀

  4. moon

    Co prawda na innym poziomie (bo… u dzieci uczących się anglezować na kucykach :P) ale znam to uczucie… To jest pure magic of equestrian! <3
    😉

  5. kujka

    To jest faktycznie wzruszający moment, kiedy pierwszy raz poczuje się TO. A metafora z truskawkami trafiona w 100%!
    W tej samej chwili stają przed oczami te wszystkie przeczytane książki, które człowiek czytał i myślał że rozumie… i nagle DOPIERO WTEDY zaczyna wiedzieć co naprawdę tam przeczytał! O tym kontakcie, pracującym zadzie czy działaniu półparady.
    Nie dziwię się, że niektórzy płaczą przy tym ze szczęścia 😉
    … a potem płaczą nad zmarnowanymi dotychczas latami bezsensownego kręcenia się w kółko i utrwalania błędów.

  6. Emma

    Chyba chęć pójścia na skróty, tak często gubi jeźdźców. I to, że w swojej głowie mamy zupełni inny obraz siebie. Czasem wydaje nam się, że nasz trening jest niemalże poziomu grand prix i chodzą po stajni wszędzie bufony, a czasem, nie dostrzegamy postępów, tylko wciąż się załamujemy i uważamy, że jeździmy do niczego. A piramida jeździecka jest chyba po to, żeby cieszyć się jazdą, robić to z głową i mieć wytyczony przed sobą cel? :)

    Zauważam ostatnio (ale chyba każdy jeździec musiał przejść ten początkowy etap) że szczytem marzeń jest jazda na koniu w ustawieniu. A reszta się nie liczy. I głupia logika, że po to są wypinacze, żeby „ustawić konia” więc się to robi potem sznurkami które się trzyma w łapkach. Więc to też jest ten magiczny temat, o którym wszyscy mówią, a mało kto umie zrobić. W końcu germańskie 3 latki już chodzą w ustawieniu, a nasze 13 latki nie potrafią.

    Odnośnie filmów treningowych, zgadzam się w 100%. Niedawno uczyłam małe dziecko, które na 1 jeździe pięknie anglezowało. Pytam się go zatem, skąd ty to umiesz? Na co ono: że z internetu.. Można? Można..
    A może Quanta, jakiś wpis o prawidłowym ustawieniu konia? :) Co to jest i z czym to się je?

    1. quanta

      Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze niespecjalnie potrafiłam anglezować, a galop był wyzwaniem, moim jeździeckim marzeniem była jazda na koniu, który ma ganasz w stępie, kłusie i galopie 😆 Jakby mi się kiedyś udało to osiagnąć, to by było tak fajnie!
      Teraz nie jestem jeźdźcem doskonałym, ale jak na moją amatorszczyznę jest w porządku. Umiem wyciągać pary (i jeźdźców, i konie) z czarnej dziury jeździeckiej, umiem nauczyć rumaka paru nowych rzeczy, pracuję z młodymi końmi. I cały czas się uczę, rozwijam i doskonalę – ten proces nigdy się nie kończy w jeździectwie.

  7. FurryMouse

    Ja dodałabym jeszcze trzecia przyczynę. Która też ciężko przeskoczyć wielu jeźdźcom, a która moim zdaniem ma OGROMNE znaczenie (sama jakiś czas temu o tym pisałaś), a mianowicie dobrze dobrane siodło. Nie ma opcji poczuć w 100% że „to jest to” i może nawet nie da się do tego dojść jeśli siedzimy krzywo, z wywalonymi nogami na łopatkach albo na słabiznach. Doświadczony jeździec będzie miał tym problem, a co dopiero taki dopiero dążący do TEGO CZEGOŚ

  8. Ada

    Oj z tym brakiem szkoleniowców, to jest to. Tyle razy widzę ambitne osoby, które pozornie z kimś trenują, a tkwią w miejscu… większość nawet nie pomyśli o zmianie trenera, a sposoby treningu i to jak konie chodzą, to aż w oczy czasami kuje, zamist być lepiej to jest gorzej. Nie raz słyszałam takie teorie, że ręcę i cycki opadają, od ludzi, którzy nazywają się trenerami.
    I mi osobiście bardzo się podoba, jak ktoś tłumaczy tak łopatologicznie, moja pani trener też tak robi i to jest strasznie fajne, że w końcu ktoś zamiast krzyczeć „półparada” pokazał mi, jak mam to zrobić :)

  9. anka

    Piszesz o prawidłowej odpowiedzi na łydkę – no właśnie, jak konia na łydkę wyczulić? Mam przyjemność, a raczej nieprzyjemność jeżdżenia na koniu który łydkę olewa, oczywiście, jeżeli łydka nie działa to używam bacika na zad. Zaraz potem znowu przykładam łydkę która znowu nie działa i znowu bacik i tak w kółko. Jak wyczulić konia na sygnał łydka=ruch? Jak często np w stępie powinno się dawać łydkę, żeby koń szedł żywym krokiem, przy każdym kroku, może co kilka, a może wcale? Czy na takiego konia stosować ostrogi? I co zrobić jak koń jest za łydką? Jeżeli znajdziesz chwilę to będę bardzo wdzięczna za odpowiedź. Też chcę w końcu poczuć „to coś” 😀

    1. Mariola

      A nie myślałaś o tym, żeby skupić się nie tylko na karze, ale na stosowaniu nagrody za to, kiedy koń zareaguje dobrze? Bo teraz jest nic albo kara, a potem będzie dobrze i nagroda, albo kara. Jeśli uda ci się zaciekawić konia treningiem, to może chętniej będzie z Tobą współpracował. Jeździsz na koniu rekreacyjnym, znieczulonym na łydki, czy na leniuszku – śpiochu? Może jest to koń, który lubi skoki? wymyślaj różne za każdym razem inne kombinacje. Może trening rób na łące? W terenie zachowuje się podobnie?

      1. anka

        Jest to koń raczej sportowy, w rekreacji nie chodzi, jest leniuchem ale to swoją drogą bo na łydki też jest znieczulony. W terenie jest inaczej, dzięki za pomysł z treningiem na łące :)

        1. Amelia

          anka, widziałam kiedyś filmik na którym Kyra Kyrklund, w celu wyczulenia konia na łydkę na wodzy bez kontaktu niespodziewanie robi „pac” łydką (mocniejsze lub słabsze, w zależności od odpowiedzi konia). Jak nie ma odpowiedzi, robisz to jeszcze raz ale tym razem nieco energiczniej, tak by koń po prostu musiał zareagować. I takimi niespodziankami dobrze traktować i sprawdzać delikwenta w mało spodziewanych momentach. :)

        2. Emma

          Moze zdarzalo ci się na poczatku nie reagowac gdy olał łydkę? Moze ten bacik jest tak delikatny, ze go nie zauważa?

    2. Moona

      anka, w jakim celu używasz bata na zadzie? Jeśli chcesz konia wyczulić na łydkę, to używaj bata za łydką, a nie na zadzie, bo koń takiego działania nie rozumie i będzie się albo frustrował albo traktował jako karę.
      To nie jest bez znaczenia, w którym miejscu przykłada się pomoce. Łydka działa w miejscu, w którym pobudza mięsień skośny brzucha, a ten bezpośrednio odpowiada za długość wykroku.

  10. iza

    Jak tam bidulka Fugu? Już po zabiegu czy jeszcze nie jedziecie? Martwię się o piękną panienkę!

    nie wiem jak smakuje jeździecki dżem truskawkowy 😉 i zapewne nigdy go nie spróbuję, ale fajnie czyta się takie wpisy! Raz jeden miałam taki mikro-przełom w którym czułam, że…. „załapałam”. Miałam okrutnie niewygodnego w kłusie konia, makabrycznie. A trenerka katowała mnie kłusem ćwiczebnym. czułam, że latam, maltretuję biednego zwierza. Aż… jakoś załapałam rozluźnienie dołu ciała, żeby się trochę wkleić w siodło. O dziwo pamiętam, że związane to było z olaniem kurczowego trzymania łydek w określonym miejscu, po obejrzeniu filmów ujeżdzeniowców i refleksji, że tak im specyficznie… „latają” te nogi. Spróbowałam pozwolić nogom „latać” podobnie i nagle czułam, że dół ciała „puścił” i podąża za koniem a nie sztywno próbuje utrzymać pozycję.

    Może dlatego jeździectwo jest takie trudne? Bo tu dużo rozbija się o „feeling”, wyczucie.

  11. kokos

    To ja skoro już o Fugu wszyscy zapytali, to ja nie pójdę za tłumem i spytam co tam u Opfloka?? Już został pozbawiony nabiału i powoli zaczynacie zajezdkę??

  12. Anna

    Raz koń na pomocach, zawsze koń na pomocach.
    Ja doskonale pamiętam kiedy u mnie nastąpiło to po raz pierwszy. Na żadnym super pferdzie 😉 ot mieszanka śl, poczciwa kobyła.
    Ktoś pisał wyżej, że dojście do takiego poziomu wymaga kasy. Otóż nie… Czasem z „dziewczynki stajennej” można awansować na luzaka, potem na reitra. I za możliwość jazdy na koniach/uczenia siebie, ktoś nam jeszcze zapłaci.
    Wystarczy chcieć i ciągle próbować jeździć lepiej. Nigdy nie spoczywać na laurach. Jeździectwo to taka „wredna” dyscyplina, że tu ciągle się nie umie wszystkiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *