«

»

cze 15

NIE dla młodych koni i niedoświadczonych jeźdźców

Jest ciepło, a wszędzie w internecie pełno zdjęć jeźdźców na koniach. Sezon przed nami i wielu moich znajomych zabrało się niedawno za intensywne poszukiwania konia do zakupu. Założenia, niestety, przeważnie bywają podobne: koń ma być super jakości! I piękny, i oczywiście zdrowy, no i najlepiej nie za drogi. A że wyszkolenie musiało kosztować, to nie przeszkadza w ogóle, że koń będzie surowy albo ledwo unoszący jeźdźca w trzech chodach. Przecież z czasem dorośnie i „jakoś” sam się przy tym wyszkoli i będzie dobrze chodził. No przecież nie szukamy konia na olimpiadę! To wiadomo – z tym że jezdnego, przyjemnego pod siodłem i ułożonego wierzchowca już na pewno tak. Konia, który będzie rozumiał i respektował pomoce, będzie miękki i elastyczny, chętnie idący naprzód, ale w równych stabilnych chodach, podporządkowany i pod kontrolą. Kupując surowego konia z tych cech nie dostaniemy nic.

Mały konik jest uroczy, ale zanim będzie z niego większy konik, który w minimalnym stopniu będzie Cię rozumiał – miną lata. Lata, które możesz spędzić na świetnej zabawie na końskim grzbiecie, albo – na czekaniu na nią, bez gwarancji, że tak naprawdę masz na co czekać :
P1000829
Dla wielu osób młody wiek konia wydaje się być wręcz zaletą. Instynktownie myślą o młodym koniu jak o kotku czy szczeniaczku – każdy chce przecież przygarnąć słodkiego maluszka, który się przywiąże. Dorosłe psy i koty wydają się być jakieś takie „za stare” i tę miłość do nieporadnych małych zwierzątek chętnie rozciągamy również na wierzchowce. Tylko źle ułożony piesek będzie zapewne szczekał na listonosza, gryzł buty albo ciągnął na smyczy. Źle ułożony koń – no nie, nie zamierzam straszyć, że będzie niebezpieczną maszyną do zabijania, chociaż takie trudne konie też się zdarzają – będzie po prostu bardzo nieprzyjemny do jazdy. Walczący z ręką, ciągnący, szarpiący, ciężki, „wyryjony na lamę” i robiący wszystko co tam jeszcze można w tym temacie dopisać. Opieszały i nieskory do ruchu – albo przeciwnie, uciekający, ponoszący i straszący tym jeźdźca. Będzie na stałe asymetryczny, co skończy się tym, że koń „chodzi tylko na jedną stronę”. Kompletnie pozbawiony równowagi. Sztywny, zablokowany plecami, a co za tym idzie potwornie niewygodny do wysiedzenia. Obolały. Nieszczęśliwy. Taki, na którym przyjemność z jazdy będzie bliska absolutnemu zeru. I co gorsza, obustronnie, czyli nie tylko jeździec będzie załamany i w depresji. Koń dokładnie tak samo.

Dobra jazda konna i dobra praca z koniem to posiadanie wspólnego języka. Żeby ten język mógł zaistnieć, jeździec musi posiadać swobodny i rozbudowany warsztat pracy w postaci niezależnie działających pomocy jeździeckich oraz odpowiedniego doświadczenia i wiedzy. Surowy lub niedoświadczony koń nie nauczy niczego jeźdźca. Nie da mu tego niezbędnego warsztatu. A bez warsztatu nie jesteśmy w stanie z koniem rozmawiać, ergo – nie jesteśmy w stanie konia niczego nauczyć.

Będziemy się uczyć razem

Zgadnijcie, ile razy słyszałam to od różnych par? 😉
Par, w których jeźdźcy kilka lat po niefortunnym zakupie surowego konia musieli przyznać, że ta wspólna nauka nie wyszła za bardzo tak jak była planowana. Takie założenie o równoległym szkoleniu jest możliwe, jeśli para ma przez 100% czasu opiekę naprawdę dobrego – i zaangażowanego! – trenera. Większości z nas dostępu do szkoleniowców brak.
Posłużę się anegdotką :) Załóżmy, że usłyszałaś piosenkę w języku francuskim i zakochałaś się w nim (podobnie, jak zobaczyłaś idealnie zgranych ze sobą jeźdźca i konia, który z gracją i jakby od niechcenia wykonują najtrudniejsze ujeżdżeniowe elementy i ten obrazek Cię zauroczył). Ah, francuska mowa! Ten rytm, ta melodia, tak przyjemnie brzmiące dla ucha słownictwo! I chociaż po francusku nie znasz ani słowa, Twoim marzeniem zostaje nauczenie się języka – i to najlepiej tak biegle, żeby móc samemu komponować piękne piosenki.
Aby tego dokonać, zakupujesz sobie sześcioksiąg La Comédie Humaine Honoriusza Balzaka w oryginale.
Będziesz się uczyć czytając!
balzac
Już przebierasz nogami z niecierpliwości, ile czeka Cię radości po drodze do wymarzonego celu. Przygotowujesz sobie wygodny fotel, kieliszek wina, imbirowe ciasteczka na przekąskę, rozsiadasz się wygodnie, otwierasz pierwszą księgę na pierwszej stronie… I nie rozumiesz nic. Kompletnie. No trudno – może coś się rozszyfruje w trakcie lektury? Przewracasz kartę książki, później kolejną… Nadal nic, a rośnie frustracja. Spędzasz kilka godzin bez żadnych rezultatów. Mimo prób czytania nie idzie w ogóle nauka :( Coraz niecierpliwiej przewracasz strony, książka staje się nieco wymięta, a jedna kartka się nadrywa. Z frustracją i uporem maniaka dalej robisz swoje, no przecież miałaś się nauczyć języka! Co za durna książka! Z tomu wypada spis treści, ale w ogóle Cię to nie obchodzi, bo czujesz się zła, że nic nie idzie zgodnie z planem. O, czekaj – chyba masz jest sensownego: w szyku zdań odnajdujesz wyraz lustre. To może bohater ogląda w lustrze swoje oblicze? Rondelle – pewnie coś sobie ugotował. Dalej jest jakiś jour (wymowa: żur), czyżby to był żurek w rondelku?
No cóż, tak właśnie wygląda to uczenie się razem, a francuski sześcioksiąg – to właśnie młody, surowy koń. Bez wiedzy i umiejętności jeździec nie znajdzie żadnego punktu zaczepienia, a współpracę może zacząć budować na zupełnie fałszywych przesłankach.
french

Rachunek sumienia

Bardzo mądre przysłowie mówi o tym, żeby „nie porywać się z motyką na słońce”. Zanim sobie sprezentujemy ślicznego młodego kociaczka – tfu, miało być – koniczka, warto na spokojnie, na zimno i na trzeźwo przemyśleć, czy naprawdę nadajemy się na wychowawcę i mentora dla co najmniej 600-kilogramowego niemowlaka. Piszę to naprawdę z autopsji, bo chociaż miałam możliwość przepracować już sporo tych młodych koni, to nigdy nie było wyłącznie łatwo i z górki. Popełniałam przy tym – i nadal wciąż popełniam – mnóstwo błędów. Stąd też szczerze doradzam porywać się na pracę z surowym czy młodym koniem, jedynie wówczas, gdy:

– potrafisz używać pomocy. Wiesz, co to jest półparada, wiesz, kiedy ją zastosować. Masz rękę totalnie niezależną od dosiadu, niezłomną i stabilną, nawet wtedy, gdy wierzchowiec uskutecznia pod siodłem dzikie harce. Jeździsz konie od tyłu do przodu, tak że same chętnie przychodzą do ręki i stają się przypuszczalne. Potrafisz działać łydką aktywizując prawą i lewą zadnią nogę. Wiesz w każdym chodzie, kiedy koń stawia którą nogę – i w każdej chwili możesz na nią wpłynąć, tak aby kończyna została postawiona głębiej/szybciej/wolniej/bardziej przed sobą/bardziej z boku. Umiesz uzyskać reakcje na subtelne działanie łydki i ręki. Doskonale wiesz, jakie to uczucie, kiedy jedziesz konia wewnętrzną łydką do zewnętrznej wodzy. Potrafisz samym dosiadem wpłynąć na tempo i rytm konia w każdym chodzie – zwolnić go, ale też uwolnić energię i wypuścić ją naprzód. Doskonale wiesz, jak dosiadem przesuwa się równowagę konia na tylne nogi.
IMG_4670Jeśli jednak kontakt oznacza dla Ciebie ganaszowanie końskiej głowy i trzymanie jej w jakiejkolwiek pozycji, co wychodzi tym gorzej, im silniejszy jest koń – nie bierz się za młodego konia. Jeśli działanie łydki polega na podkopywaniu konia i zaciskaniu jej tak, że tracisz parę w nogach – nie bierz się za młodego konia. Jeśli jazda konna i utrzymywanie się na końskim grzbiecie wymaga od Ciebie sporo wysiłku i jest dość męczące (czyli nie masz wystarczającej równowagi) – nie bierz się za młodego konia.

– masz doświadczenie. Spędziłaś kilka lat na grzbiecie doskonale wyszkolonego konia-profesora. Dosiadasz bardzo różnych koni, umiesz u każdego odnaleźć jego największe zalety i błyskawicznie określić najsłabsze miejsca. Obserwujesz lub bierzesz udział w treningu wielu koni na różnym poziomie wyszkolenia na przestrzeni wielu miesięcy – lub nawet lat. Jeździsz na kliniki, szkolenia, cały czas intensywnie poszerzasz swoją wiedzę.
Jeśli jednak wcześniej miałaś konia, który nie potrafił wiele więcej, niż tylko cierpliwie wozić jeźdźca na grzbiecie, a Tobie szło z nim średnio i stąd w ogóle pojawił się pomysł na zmianę wierzchowca – nie bierz się za młodego konia. A tym bardziej, jeśli dopiero przymierzasz się do zakupu swojego pierwszego rumaka – nie bierz się za młodego konia!

– nie boisz się. Rzadko spadasz z konia, a jeśli Ci się to przytrafi… no cóż, zdarza się, odławiasz wierzchowca, wsiadasz i kontynuujesz pracę bez żadnych dodatkowych emocji. Młode konie, nawet te najgrzeczniejsze i najbardziej kochane mają czasem dziwne pomysły.
skokJeśli jednak siedząc na końskim grzbiecie nie czujesz się równie komfortowo, jak na krześle przed komputerem – nie bierz się za młodego konia. Jeśli myśl o tym, że koń mógłby się zabrać i ponieść się w szalonym tempie sprawia, że pocą Ci się ręce i zbliża się stan przedzawałowy – nie bierz się za młodego konia. Jeśli boisz się, że koń bryknie, odskoczy, spłoszy się, zawinie, lub jeśli boisz się braku kontroli, braku hamulca oraz sterów – nie bierz się za młodego konia. Jeśli w newralgicznych sytuacjach, kiedy koń zachowa się niesubordynowanie lub mało przewidywalnie spinasz się, sztywniejesz i czujesz stan przedzawałowy – nie bierz się za młodego konia.

– jeździecko masz co robić. Masz drugiego, dorosłego konia – własnego lub dzierżawionego. Zupełnie nie przeszkadza Ci fakt, że chociaż jesteś w stajni codziennie, to z młodym koniem pracujesz z ziemi lub wsiadasz raptem na 30 minut. Za to zdarza się dodatkową nieplanowaną godzinę zamiast w siodle spędzić na nauce wchodzenia do myjki. I tak przez najbliższe dwa-trzy lata.
Jeśli jednak chcesz dużo jeździć i brać udział w ciekawych i intensywnych treningach – nie bierz się za młodego konia (przez pierwszy rok jedyne ciekawostki, jakie Was czekają, to duże koła i zmiana chodów…).

– możesz liczyć na doświadczoną i zaangażowaną pomoc z ziemi. W tej branży naprawdę wszyscy mają swoich trenerów, choćby byli super utalentowanymi jeźdźcami na międzynarodowym poziomie. Potrzebny jest ktoś, kto będzie mógł ocenić pracę, podpowiadać, kiedy wprowadzić nowe rzeczy, kiedy cofnąć się do odrobienia niższych lekcji, ktoś, kto będzie mógł w porę uchronić Cię przed zabrnięciem w ślepe uliczki.

Doświadczenie versus nowicjat: 12-letni Skwarek pracujący na poziomie Grand Prix i Hendrix 2,5-latek, który nie umiałby zrobić kółka kłusem na kantarze, zatrzymać się, ruszyć, stać na myjce, nosić derki, nie mówiąc o noszeniu siodła tudzież jeźdźca…
IMG_9187Młode konie to naprawdę nie jest lekki kawałek chleba i dlatego z całej siły przestrzegam przed zakupem surowego konia czy podjezdka do amatorskiej jazdy. Szczególnie tym osobom, które dostrzegają za bardzo ogromu różnicy między 4-, 6- a 8-latkiem i którym wydaje się, że jedyna dysproporcja sprowadza się to tego, że na młodym koniu tak naprawdę jeździsz trochę krócej, a na dorosłym normalnie. U Zombiego czy Skwarka różnica psychiczna, emocjonalna i fizyczna między koniem w wieku lat sześciu (czyli teoretycznie już dorosłym!), a 8-letnim była olbrzymia. I w jednym i drugim przypadku dopiero w ósmym roku życia zaczynało się naprawdę jeździć i pracować.
Młody koń to olbrzymia odpowiedzialność i nie za wiele jeździeckich korzyści. Niedoświadczonym jeźdźcom w parze z takim młodzikiem zawsze powiem NIE.

74 comments

Skip to comment form

  1. primavera

    Popieram w 100% procentach! Sama przerabialam bardzo ciezki okres kiedy w wieku 14 lat trafil do mnie 2,5 letni kon. Jezdze od bardzo malego dziecka na najrózniejszych koniach, i myslalam ze dam sobie rade sama ulozyc mlodzika, i do momentu kiedy mial sie poruszac w trzech chodach nie bylo zle, ale potem bez pomocy z ziemi popelnilam bardzo wiele bledów. Kiedy chcialam zaczac jezdzic z trenerem okazalo sie ze kon (i ja tez…) mielismy bledne definicje w glowie co do kontaktu, pólparad czy uzywania lydek i ciezaru ciala. Minely dobre 2-3 lata zanim przy pomocy trenera kon zaczal ladnie chodzic na lekkim kontakcie, stal sie czuly na pomoce, chetny do przodu i przyjemny do jazdy. I teraz dopiero rozumie tak naprawde kiedy prosze go o jakies bardziej skomplikowane elementy. Tez sadze ze kazdy, naprawde kazdy kto bierze sie za mlodego konia powinien to robic jedynie przy pomocy doswiadczonego trenera. :)

    1. quanta

      Mój pierwszy 2,5-latek, hmm… Kupowałam go już po 4-latach jazdy na kilku dorosłych, doświadczonych koniach (z których jeden był profesorem startującym klasę C – teoretycznie – bo w praktyce nie potrafił wykonywać żucia z ręki i panicznie bał się ręki). Pracowałam pierwszy rok mając co tydzień dobre trenerskie oko do pomocy. Ale tylko oko – trenerka nie wsiadała. Wsiadła po raz pierwszy po roku – i załamała się. Z ziemi obrazek był bardzo dobry, ale uczucie w siodle tragiczne, bo koń kompletnie nie szedł przez plecy. Koń był krótki, nie czuł potrzeby używania grzbietu, blokował go i chodził sobie jak typowy leg mover. Udawał, że prawidłowo pracuje, ale nie było w tym prawdy. Mając wtedy podstawowego konia Skwarka, którego grzbiet rządził się jakimiś innymi prawami fizyki i Zombiego, którego w ogóle w tamtym okresie pominę milczeniem – nie miałam prawidłowego punktu odniesienia, a poza tym zwyczajnie nie umiałam u młodego konia włączyć używania pleców.
      Udało się to przez kolejny rok wyprowadzić, ale okazało się, że w kwestii dalszej pracy z koniem mamy różnicę charakterów. Ja jestem dynamiczna, roznosi mnie energia, prawie się nie męczę, zawsze muszę coś robić – a koń najchętniej w życiu by się… głaskał. Był kochany, miły, bardzo grzeczny, ale nie miał duszy sportowca. Czyli albo musiałabym zawsze pracować przeciwko jego charakterowi, albo… zmienić konia. 2,5 roku pracy dla takiego finału.
      W tym samym czasie, kiedy ja kupiłam pierwszego młodego konia moje dwie dobre znajome zakupiły również bardzo obiecujące ujeżdżeniowe młodziki. Trzy lata później obydwa zostały sprzedane – jeden miał bardzo trudny charakter, drugi non-stop łapał kontuzje. Mimo opieki trenerskiej i weterynaryjnej naprawdę na najwyższym poziomie nie udało się tego przezwyciężyć.
      Młode konie są trudne! I zdecydowanie tylko dla biegłych, wprawionych jeźdźców.

  2. rybka

    Q ten wpis powinien wisieć w każdej szkółce jeździeckiej i być wymagana jego znajomość na odznakach i chyba każdy hodowca winien go wręczać potencjalnemu kupującemu. Wiem, idealizuje.. ale tylko chciałam wyrazić jak bardzo popieram to co napisałaś i ile będzie mniej tragedii dla ludzi i dla koni jak więcej tego typu informacji będzie propagowanych.

  3. ania

    Świetny tekst, szkoda tylko że tak niewielu ludzi jest w stanie przyswoić jego przesłanie. Niestety niedoświadczony jeździec zmagający się z młodym koniem to dla mnie częsty obrazek. Konie jeżdżone bez wyczucia, obwiniane za każdy błąd jeźdźca, problemowe już przy czyszczeniu… Sukces dla jeźdźca to przejechanie kilku kółek galopem, nieważne że na spiętym, pozbawionym równowagi koniu, grunt że szczyt umiejętności jeździeckich został osiągnięty… Ech…

  4. Riada

    Quanta, a na wakacje nie wybierasz się może przypadkiem na Mazury? Albo znasz może dobrego trenera, który byłby mi w stanie wytłumaczyć jak prawidłowo powinien chodzić koń?

    1. quanta

      Ja ogólnie jestem dość uziemiona, praca + moje konie + budowa + kilka par podopiecznych i nie ma szansy na wyjazdowe treningi, przynajmniej nie do momentu kiedy nie przestawię się do własnej stajni.
      Za chwilę mamy wakacje – warto rozważyć, czy nie wybrać się z koniem gdzieś potrenować. Nawet tydzień czy dwa mogą bardzo dużo zmienić. Zaprosiłabym do mnie – gdyby nie to, że aktualnie stacjonuję w stajni, gdzie jest niestety absurdalnie drogi pensjonat 😐

  5. Ania

    Oj, jaki to jest mądry wpis. Dodałabym do niego jeszcze tylko wzmiankę o czymś fundamentalnym – zdrowiu. Generalnie, wiadomo, końskie zdrowie jest loterią, nawet kiedy przez na przykład 10 lat życia danego osobnika nic się nie działo. Ale młodziak to loteria do potęgi. Przecież cały aparat ruchu, wszystkie struktury – to wszystko nie jest jeszcze do końca wykształcone. I trzeba bardzo wiedzieć co się robi, żeby takiej dzidzi nie przeciążyć, bo o to cholernie łatwo.
    To od strony fizycznej. A konie dojrzewają przecież też psychicznie, o czym wspomniałaś. To w ogóle inna bajka.

    1. quanta

      Niestety zdrowie jest loterią niezależnie od wieku konia – chociaż przy założeniu, że mamy ośmioletniego konia, który przez całe swoje życie nie miał poważniejszych kontuzji i normalnie pracował – pozwala rokować, że ten stan się utrzyma. W przypadku młodego konia tak naprawdę nie wiadomo nic.

  6. Magdalena

    genialny tekst! :)

  7. Julia

    Doskonały wpis, zgadzam się z marzeniami Rybki -powinien być wszędzie!
    Sama 5 lat temu trafiłam na swojego smoka. Mam 182 cm i koń miał być duży, reszta była mi obojętna.. choć myślami byłam przy 8-latkach takich akurat nie było… znalazłam 4-latka „chodzącego pod siodłem”…tak, siodło przyjął, jeźdźca też…uderzyło we mnie moje „ja nie dam rady?!”
    Dziękuję teraz wszystkim i wszystkiemu, że miałam wtedy Trenerkę na co dzień, bo mimo, że wcześniej jeździłam 6 lat na przeróżnych koniach od tych młodych 3,5-4-latków które (o zgrozo!) przyzwyczajałam do siodła po Nabucca Trener Wąsowskiej -to jak miałam wsiąść sama -odzywał się mój głos rozumu: TY JESZCZE SAMA NIE UMIESZ, a jego chcesz nauczyć?!

    Młode konie stanowczo zostawmy tym, którzy się na tym znają!

    1. quanta

      Julia – brawo za trzeźwą postawę :) Zobacz, jak to jest, że Ci, którzy już przeszli drogę pracy z młodym koniem mają pokorę, dystans i zdają sobie sprawę, jaki ogrom pracy jest do zrobienia, a ci, którzy nigdy nie wyszkolili samego konia przeważnie słuchają tych doświadczonych osób jednym uchem, w głowie mając tylko myśl: eee, no jakoś damy radę… No właśnie – „jakoś”. Jakoś to jednak bardzo daleko od dobrego jeździectwa…

      1. rybka

        Oby jeszcze słuchali nawet jednym uchem osób kompetentnych. Często widzę obrazek zielony adept, młody koń i instruktor z tzw. papierami, bo zdał nawet jakiś tam egzamin…. i tylko koni żal…

        1. Julia

          Rybka, te „egzaminy” to dla mnie porażka… Ja rozumiem, że jakoś trzeba zacząć, ale skoro, żeby zostać sędzią trzeba spędzić „X” czasu obok budki i próbować (bez „szkody”) dla innych, to czemu z trenerem tak nie ma… a jakby sprawdzać nawet wyrywkowo (tak wiem, masa osób zdaje te egzaminy i wszystkich nie sposób) osiągnięcia… skoro do sklepów przychodzi tzw „cichy klient” to czemu na jazdy nie może?

          ale to odrębny temat.. i niestety mam wrażenie, że zamiast w lepszą idzie to w gorszą stronę, a dobrych Trenerów jest coraz mniej.

      2. Julia

        Oj tak! „jakoś” nie usatysfakcjonuje nikogo, a naprawianie takich koni często kończy się porażką.. (bo trafiają do innych „ja nie potrafię?!”)

        A z „powodów” jakie słyszałam jeszcze przy kupnie młodziaków jest jeden z moich faworytów: bo jak kupimy młodego, to będzie na dłużej O.o

        1. quanta

          Pod moje oko czy rękę trafiają różne pary… Nigdy jeszcze nie było ani jednej, która byłaby zachwycona z tego stanu, jaki ma. Ani jednej, gdzie koń i jeździec w stanie wyjściowym naprawdę by się rozumieli. Zawsze jest dużo nie tak. Koń nie skupiony, nieidący/pędzący, nie opuszcza głowy, ciągnie (zawsze) za rękę – oczywiście najwięcej prblemów zdaniem jeźdźców dotyczy pyska i kontaktu. A ja czasem patrzę na takiego zielonego konia i widzę, jak wiele dobrego on instynktownie podpowiada jeźdźcowi. Jak bardzo chce odpuścić szyję, unieść grzbiet, jak proponuje mu prawidłową sylwetkę. Wtedy sobie myslę, jak miło byłoby mieć takiego chętnego konika, a nie młode, które składają się w większości z problemów, które potem muszę żmudnie odczarowywać 😉 Tylko taki niewprawny jeździec niczego z tego dobrego nie dostrzega – nie wie, nie rozumie, nie czuje, nie jest dostatecznie szybki na reakcje. Albo przeciwnie – widzę obrazek, gdzie koń jest rzeczywiście trudny do pracy, z racji budowy, małej plastyczności, mankamentów temperamentu – taki, że prawdopodobnie sama bym się jego szkolenia nie podjęła. Dla niedoświadczonego jeźdźca obydwa konie – i ten chętny, i ten trudny – są takie same. I jeździ się na nich „jakoś”.

  8. Julia

    Rybka, te „egzaminy” to dla mnie porażka… Ja rozumiem, że jakoś trzeba zacząć, ale skoro, żeby zostać sędzią trzeba spędzić „X” czasu obok budki i próbować (bez „szkody”) dla innych, to czemu z trenerem tak nie ma… a jakby sprawdzać nawet wyrywkowo (tak wiem, masa osób zdaje te egzaminy i wszystkich nie sposób) osiągnięcia… skoro do sklepów przychodzi tzw „cichy klient” to czemu na jazdy nie może?

    ale to odrębny temat.. i niestety mam wrażenie, że zamiast w lepszą idzie to w gorszą stronę, a dobrych Trenerów jest coraz mniej.

    1. Ann

      Tak mi się przypomniało na zawodach. Kucyk zatrzymał się przed skokiem – nie pasowało i nie było możliwości żeby skoczył z 2,5m przed przeszkodą. Co robi mądry trener? Wyrywa małej dziewczynce bat i daje koniowi 3 szybkie razy równocześnie szarpiąc za wodze. Brawo za podejście i metody treningu. Podkablowałam do sędziego i wcale się nie wstydzę, choć nie wiem, jak sprawa się skończyła bo już wracałam do siebie.

      1. Julia

        Bardzo dobrze! Sędziom trzeba mówić takie rzeczy… Ja pamiętam sytuację z Cavaliady w Poznaniu, gdzie główny steward chciał zdyskwalifikować połowę dzieciaków na kucach przez zachowanie „trenerów” i rodziców…

  9. M

    Kiedy zaczynałam swoje starty, wydzierżawiłam, a potem kupiłam konia, który był mało doświadczony i niestety też średnio „zrobiony”. Było ciężko, na początku spadałam często, z czasem się faktycznie „dogadaliśmy” i zaczęły przychodzić jakieśtam większe zawody, „sukcesy”. Teraz, z perspektywy czasu, żałuję, że zdecydowałam się (oczywiście pod okiem trenera wszystko) na takiego konia. Fakt, udało się, zadziałało. Ale na doświadczonym, jezdniejszym koniu być może udało by się szybciej i mogłabym się skupić faktycznie na sobie i swoim stylu, a nie na przeżyciu, jak to na początku bywało 😉 Ot taka moja historia, wydaje mi się, że w temacie. Tak więc popieram ten wpis jak najbardziej, z własnego doświadczenia :))

  10. bio

    Oj, bardzo trafny tekst. Sama też teraz odradzam młode konie i generalnie rekreantom polecam takie najlepiej 10 letnie, to na mnie patrzą, jak na głupa 😛 Sama kupiłam 6 letniego, mając w zapleczu kilkanaście lat jazdy rekreacyjnej, który chodził grzecznie w 3 chodach, rozumiał kontakt i ustawienie, dodatkowo miałam mieć do dyspozycji pomoc trenera, który miał czasem wsiąść i uczyć z ziemi. Teraz trochę żałuję, że nie szukałam niczego starszego, bo półtora roku to była trochę walka, jeździłam bardzo słabo, nerwowo, koń nie wiedział w ogóle o co chodzi i też się denerwował. Ja przez rok nie mogłam na nim galopować 😀 Trener mnie olał, nigdy na konia nie wsiadł, jeździłam głównie sama, bo nie mogłam się doprosić o lekcję (w umowie mam, że przysługuje mi jeden trening na tydzień, no ale…).
    Dużo mi dało czytanie w internecie, jakkolwiek głupio to brzmi, to pomogło mi się ogarnąć, głównie z nerwami. Już nie zwalam na konia 😛 A ten zaczął być lekki na ręce, sam wchodzi na kontakt, zaczął używać zadu i pleców, robi fajnie łopatki, zwroty, próbujemy ustępowania w ramach gimnastyki. Galopy jeszcze porażkowe, ale cieszę się, że się już nie zabijamy i mogę woltę zrobić, ba, nawet zaczyna iść pod górkę momentami. Generalnie koń jest złoty, że nie nabrał jakichś durnych nawyków po tej mojej jeździe i obecnie jako 8 latek daje radę by na nim normalnie pojeździć 😛

    Dobra, walnęłam historię życia, a wniosek mam jeden – jak mi się kiedyś wymyśli kupno drugiego/kolejnego konia, to na pewno nie będzie to nic poniżej 6/7 lat 😛 Bo nie mam złudzeń, abym kiedyś jeździła na tyle, by się bawić w młode konie, to naprawdę jest wyzwanie. Krzywo też patrzę na pomysły typu „ja go zajeżdżę, a później wy jeździjcie”, podczas gdy „wy” to jakieś nastolatki. Brr.

    1. afk

      „Dużo mi dało czytanie w internecie” – co czytałaś i co warto czytać?

      1. bio

        Blog quanty, forum revolty, na youtube też są rzeczy typu Your riding success.

  11. Ann

    Oj w sumie teraz jeżdżę taką kobyłkę. Uczyli ją właśnie tacy ludzie bez pomysłu i doświadczenia. Oczywiście czarna woda i jedziemy. Nigdy nie przyjęła poprawnie wędzidła i na pierwszej jeździe uczyłam ją praktycznie ruszać kłusem. Teraz jest już lepiej, ale jeszcze długo nie będzie idealnie. Mój pierwszy własny koń to był praktycznie koń ze średnim pochodzeniem, poprawnie zbudowany i z niezłym ruchem, no słowem – przeciętniak. Ale kupę kasy wywaliłam za to, że był po prostu niesamowicie dobrze zrobiony i niesamowicie jezdny. Ale fakt faktem że pierwszego kucyka robiłam praktycznie sama, oczywiście z pomocą trenera, który był za duży żeby na takim maluszku jeździć. Chociaż tematu jedynie liznęłam to jednak
    to był totalny brak sterów, hamulców, gazu i piękne baranki i robienie po prostu świecy pionowo w górę to bł pierwszy rok nauki. Zdecydowanie uwielbiam ludzi mówiących 12-latek? Eee to już emeryt nic tylko odstawić na łąkę i czekać na śmierć :)

    1. quanta

      12 lat miał Skwarek, kiedy go sprzedawałam do Stanów. Osoba, która go kupiła, dostała zdrowego i niewyeksploatowanego konia, który jest prawidłowo wyszkolony, bezpieczny i będzie zawsze pomagał jeźdźcowi. Ponadto wszystko umie, więc jest w stanie w 2-3 lata naprawdę fajnie nauczyć jeździć nawet bardzo początkującego adepta.

      Oczywiście, absolutnie żeby nauczyć się dobrze jeździć nie trzeba kupować konia Grand Prix! Wystarczy poprawnie zbudowany (nie książkowo – na tyle, żeby jego eksterier nie generował żadnych errorów pod siodłem) koń w wieku 7-8 lat, akceptujący kontakt, rozumiejący działanie łydki i dosiadu oraz poruszający się we względnej równowadze w wszystkich chodach. I koniecznie dorosły, ukształtowany fizycznie i psychicznie, taki, który zrozumie, że jakieś dziwne tudzież nieprzyjemne zachowania amazonki na grzbiecie to jest po prostu zaburzenie w komunikacji, pomyłka – a nie, że to jest właśnie komunikacja i taki jest prawdziwy obraz świata, jaki będzie stwarzał niewprawny jeździec.

      1. Ann

        Generalnie im mniej doświadczony jeździec tym lepiej wyszkolony musi być koń. Z mojego skokowego podwórka – jeśli jeździec nie wyliczy odległości to doświadczony koń nie zdejmie się z 2m i nie wpadnie w drągi. Młody może to zrobić i w dodatku kontuzjować siebie i/lub jeźdźca. W ujeżdżeniu może tak spektakularnie nie będzie, ale po pewnym czasie koń stanie się po prostu nieprzewidywalny.

  12. kujka

    Zgadzam się z komentarzami: jakże potrzebny tekst!

    Niestety… niestety do osób, do których jest skierowany w większości kompletnie nie trafi. A to dlatego, że wiele z nich jest przekonanych o tym, że doskonale wiedzą, jak używać pomocy. Że wiedzą, co to jest półparada. Bo nie na jednym koniu już jeździły, bo przecież jeżdżą parę już parę lat.
    Ja też byłam taką osobą. Potrafiłam napisać encyklopedię jeździecką jak mnie ktoś pytał o teorię. Nawet jeździłam z pomocą z ziemi, więc czemu miałabym nie dać rady?
    Tylko teraz, po 8 latach od kupna czteroipółrocznego konia robimy pierwsze prawdziwe ustępowanie od łydki (nie oszukiwane, nie takie że jest „jakaś” odpowiedź.

    No i jest jeszcze jedna rzecz. Młode konie są po prostu tanie. I choćbyśmy wymyślali i głosili najróżniejsze teorie o tym, dlaczego kupno młodego konia to najlepszy pomysł na świecie, to prawdziwy powód jest bardzo prozaiczny: na dorosłego, bezpiecznego, dobrze zrobionego konia wielu ludzi po prostu nie stać. Bo takich koni nie jest wcale dużo, a jeśli są, to swoje kosztują (a nikt przecież nie zakłada scenariusza, że młodziak się popsuje i wyda się na trenera i pensjonat przez lata tyle, że już naprawdę bardziej opłacalne byłoby kupienie zrobionego zwierzaka na samym początku).

    Ale taka mądra to ja jestem dopiero po zepsuciu jednego młodziaka. I mozolnym odrabianiu – już któryś rok z kolei 😉

    1. quanta

      Hmm, moje pierwsze _prawdziwe_ ustępowanie na Skwarku – takie, w którym faktycznie ustępuje pod lekką i pełną wyczucia łydką – odkryłam wtedy, kiedy miałam Skwarka już cztery lata. A mój koń teoretycznie chodził już C-klasę i nawet zdarzyło mu się ujechać regionalnego Świętego Jurka 😆

      A co do ceny, to niestety dużo w tym racji, chociaż warto policzyć to tak jak w komentarzu poniżej. Nie dość, że nie ma na młodziku oszczędności, to jeszcze tak naprawdę sporo złotówek trzeba będzie wyłożyć zanim się normalnie na koniu pojeździ.

      1. kujka

        Oczywiscie, dzis – po latach, tez bym tak policzyla. Natomiast kiedys? Przeciez ten genialny plan nie zakladal zadnego odrabiania 😛

      2. Zosia

        z drugiej strony… nawet jak się zdecydujemy na konia starszego za trochę więcej… ile jest koni na sprzedaż naprawdę dobrze jeżdżonych?

        1. quanta

          Tak po prawdzie sama bym chętnie napisała o drugiej stronie medalu, to znaczy o tym, że koni dobrze jeżdżonych i prawidłowo przygotowanych jest na sprzedaż jak na lekarstwo :(

          1. Ania

            Dołożę swoje przekorne trzy grosze. Sama przymierzam się do zakupu konia, młodego, surowego, za jakieś dwa lata na oko.
            Dlaczego? Pierwsza kwestia to pieniądze. Za cenę konia „zrobionego”, będę miała młodziaka i kasę na dobry rząd albo zaplecze na jego utrzymanie, opiekę nad nim.
            Ale druga kwestia jest bardziej znacząca. Bo ja mogłabym zarobić, dozbierać, wydać więcej. Tylko nie mam gwarancji, że koń którego kupię – starszy i niby ułożony, faktycznie taki będzie. Bez usztywnień, bez źle wyuczonych zachowań.
            Niestety, widząc dorosłe nabytki licznej rzeszy znajomych i ich znajomych, dochodzę do wniosku że chyba łatwiej będzie mi nie skopać roboty, niż poprawiać czyjeś błędy.

            Na co poświęcę ten rok, dwa, jak trzeba to trzy? Oczywiście na zarobienie kasy i przede wszystkim – na poprawienie swoich umiejętności, zanim zacznę życiową przygodę z plakietką „młody koń”

          2. Ewi

            Dużo racji jest w tym, co pisze Ania. Moja historia jednak przedstawia się dość nietypowo. Ja tak kupiłam mojego pierwszego rumaka – koń 10 lat, na szczęście wiedziałam, że „po przejściach” więc ta kwestia mnie przynajmniej nie zaskoczyła. Czarna wodza, żeby szybko zrobić konia w wieku 3 lat, mnóstwo usztywnień i, co najgorsze, psychicznych defektów. Wtedy o istotności tych spraw nie miałam pojęcia. Konia wykupiłam ze szkółki zanim na dobre tam zaczeli go „jeździć”. Stwierdziłam, ze koń ma potencjał, zakochałam się w nim i, że coś jeszcze z niego będzie choć dookoła mówiono mi, że to psychiczny koń.
            Przez rok, jako niedoświadczonemu w sumie jeźdźcowi, udało mi się z konia wariata zrobić konia rodzinnego. To nie koń był problemem a ludzie co go jeździli. Jestem również przekonana, że tyle co nauczyłam się na tym koniu wyczucia, samoświadomości, dosiadu, istoty hierarchii to nie nauczyłabym się pod okiem żadnego trenera. Nie dlatego, że trener jest słaby a dlatego, że do takich przemyśleń i doświadczeń musiałam dojść samemu ciężką pracą i zaangażowaniem. W mojej ocenie w jeździectwie istotne jest, by mieć okazję zrozumieć na czym ono tak naprawde polega. Trener może to ułatwić lecz niestety często spotykam się z trenerami co to wręcz uniemożliwiają. Dodatkowo w momencie, gdy koń robi wszystko tak jak trzeba to jesteśmy pozbawieni całej gamy doświadczeń, które budują ten stan doskonałości.
            Jak wiadomo, do celu prowadzi wiele dróg i sądzę, że ilu ludzi tyle recept na jego osiągnięcie. Wszystko jest bardzo indywidualne i wkładanie ludzi w schematy jest błędem.
            Wystarczy spojrzeć na jeźdźców, co osiągają dziś sukcesy na arenie międzynarodowej – wielu z nich to samouki, często nie posiadający środków na rumaka i trenera. Warto się nad tym zastanowić:)
            Na dzień dzisiejszy ludzie pytają mnie, kto był moim trenerem – odpowiedź jest prosta, właśnie ten „psychiczny” koń.

  13. Magda

    A ja dodam jeszcze bardziej przyziemne rzeczy. Płacąc za konia minimum 500 zł/ms za pensjonat, gdzie w perspektywie mamy cały rok ćwiczeń z koniem typu wolty, zmiany chodów i zatrzymania w założeniu że wydaliśmy już przynajmniej 1000 na kogoś kto nauczy konia chodzić w trzech chodach, to czy nie lepiej wydać te pieniądze na dołożenie do budżetu zakupu i kupić 6-cio latka do którego w miarę bezpiecznie puścimy swoje dzieci żeby chociaż go wyczyściły. Bo taki 3 latek to oprócz niebezpieczeństwa dla właściciela niesie ryzyko wszelkich niestosownych zachowań dla najbliższych. Piszę to z perspektywy tej durnej, która dała się namówić na zakup młodziaka do zrobienia pod siebie. Kiedyś pracowałam z młodymi końmi i zawsze na to pomstowałam, a teraz kupiłam dwa młodziaki i pomimo że wyłożyłam kasę na fachowe „ujeżdżenie” to po euforii zakupowej mam ochotę bić głową w ścianę za własną głupotę. Pozdrawiam tych co mają więcej dystansu w spełnianiu marzeń.

  14. rybka

    Kujka, Magda dotykacie sedna sprawy. Z jednej strony finanse z drugiej, „zrobienie konia pod jeźdźca”. Niestety część hochsztaplerów wykorzystuje te argumenty do biednego sportowego rekreanta, który w swej zieloności łyka je jako prawdę objawioną. Kiedyś miała historie, gdzie bardzo rekreacyjnie jeżdżącej dziewczynie pomagałam kupić konia, znalazłam kilka koni głównie 7-11 letnie spokojne, z dobrą głowę, zrobione do klasy L w skokach i P w ujeżdżeniu (powiedzmy, ale poruszały się poprawnie w 3 chodach), dość poprawne w budowie w bardzo przystępnych cenach(12-22 tys. zł). Naprawdę musiałam stoczyć batalie, aby nie słuchała wszystkich doradców postronnych, którzy to jej polecali super spokojnego konia „od znajomego” 3-latka, który już chodzi w trzech chodak, bo właśnie będzie pod nią zrobiony a i kosztuje z 5 tys zł. Ostatecznie kupiła 8 latka, na którym zrobiła swoją brązową odznakę, bezpiecznie jeździ w tereny, jeździ na towarzyskie zawody w skokach i ujeżdżeniu, zabiera konika na mazury. Kasztanek łapie za oko, ma oczywiście lekką wadę postawy (krowią postawę), ale czy przy pozostałych walorach trzeba chcieć czegoś więcej dla osoby, która jest rekreantem nieco zaawansowanym??

    1. quanta

      Najgorsze jest, że niekiedy nawet znani trenerzy swoim podopiecznym – w tym często juniorom! – wciskają czterolatki…
      A dobry koń do nauki – i zarazem prospekt na dalszy rozwój – nie musi kosztować fortuny. Nie jest takiego łatwo znaleźć i raczej nie będzie nigdy takich koni na pęczki, ale faktycznie się trafiają. W poszukiwaniach trzeba być cierpliwym.

      Z tym „zrobieniem konia pod kogoś” to ma rację bytu tylko wtedy, jeśli jeździec jest w stanie samodzielnie sobie zrobić konia. Nawet jeśli odda młodzika bardzo dobremu zawodnikowi, to on zrobi konia „pod siebie”. I kiedy się wsiądzie – rok później, dwa lata później – na takiego zwierzaka, to może się okazać, że wcale łatwo się na nim nie jeździ. Wystarczy, żeby koń był np. pracowany na niezwykle delikatnych pomocach, które dla profesjonalisty są intuicyjne, a dla amatora – nieosiągalne.
      No i co ten amator będzie robił przez dwa lata szykowania mu konia? Przyglądał się z ziemi? Dawał marchewki? Bo że sumiennie płacił, to na pewno 😉

      1. Nostalgia

        Wciskanie niedoświadczonych koni jeźdźcom przez ich własnych trenerów jest niestety bardzo częste. Ja w wieku czternastu lat za namową trenera dostałam od rodziców sześcioletniego kucyka. Już po ośmiu miesiącach poszedł na sprzedaż, bo nie dawałam rady psychicznie z układaniem młodego konia. Zaledwie parę miesięcy później inny trener usilnie nas przekonywał do kupna pięciolatka prosto z hodowli. 😉

  15. Moona

    Porównanie wspólnej nauki z koniem do nauki francuskiego z Balzaca – niezwykle obrazowe :)
    Tyle tylko, że jeśli się umie dostrzegać różne rzeczy, to sam koń wiele pokaże i pomalutku można iść w dobrym kierunku, a książka z biegiem czasu nic więcej nam o sobie nie opowie 😉

    1. quanta

      Jeśli znasz inne języki, gramatykę i masz talent lingwistyczny – to też się coś tam wyrozumie. Ja się tak nauczyłam podstaw jeździeckiego holenderskiego 😉 Tylko co z tego – umiem coś ledwo wyczytać i nie posługuję się i nie będę posługiwać językiem biegle. Jeśli to miałoby się przekładać na moje jeździectwo, to mi taki stan nie odpowiada. I niestety nie znam ani jednej osoby, która sama jak palec, startując z poziomu zero albo plus jeden umiała by zrobić kawał dobrej roboty. Niestety jakoś wychodzi tak, że robi się kawał złej, albo wręcz rujnuje konia.

  16. Karolina

    Całkowicie się zgadzam! Cieszę się, że przedstawiłaś to na blogu.
    Mnie osobiście przeraża moda na kupowanie młodych, świetnie ruszających się koni przez ludzi dopiero wchodzących w ambitniejsze jeździectwo. „Bo perspektywiczny i będzie robił dobre wyniki na zawodach.”Jakby to ruch sam dochodził do Grand Prix. 😉
    Kiedy kupiłam 13 letniego doświadczonego konia, wyszkolonego do CC o świetnym zdrowiu, spotkałam się głównie z komentarzami „A nie boisz się, że za stary? Starczy Ci na dwa-trzy lata!”, „Trudny koń więcej uczy! Młody lepszy”. Jest to pierwszy mój kontakt z koniem profesorem i cały czas się zadziwiam ile ten koń mi daje. Z perspektywy czasu widzę, że lepiej trafić nie mogłam. :)

    1. quanta

      Z takim koniem masz naprawdę kilka lat bardzo solidnej jazdy – za granicą na dużych czworobokach naprawdę często widuje się konie pełnoletnie. A po tym czasie będziesz sama na tyle świadomym jeźdźcem, że zdecydujesz, jakiego konia tak naprawdę potrzebujesz i czy jesteś w stanie się zmierzyć z młodym koniem, czy jednak lepszy będzie koń dorosły. Brawo i powodzenia! :)
      Swoją drogą, mi również się zdarzało słyszeć, że 8-9-latek to już o la boga, koń leciwy! Jak leciwy, jak w ujeżdżeniu tak naprawdę wszystko się przed nim zaczyna, dopiero teraz zaczynamy mieć wysoki poziom wyszkolenia, a wcześniej się po prostu nie da? No cóż, jak koń jest źle jeżdżony, to i w wieku lat sześciu może być już psychicznie i fizycznie w wieku emeryta.

      Za to młode i szatańsko się ruszające konie dziwnym trafem faktycznie przeważnie do czego dochodzą, to rozmaite kontuzje…

  17. Olga

    Naprawdę, naprawdę znakomity „życiowo” tekst, choć oczywiście chciałabym aby było inaczej.
    Zgadzam się z przedmówczyniami, finanse myślę, że grają dominującą rolę w całej sprawie. Wyuczony porządnie koń swoje kosztuje i często ma też już swoje lata, więc w perspektywie okres jego użytkowania się skraca i pragmatycznie coś potem trzeba z nim zrobić. Pomijam oczywiście przypadki „młodzieńczego” braku pokory w ocenie swoich umiejętności, bo z tego z czasem, jeśli ktoś ma jakąkolwiek samoświadomość i ambicje, się wyrasta :). Ale dobry koń (w sensie przynajmniej jezdny i odpowiadający na pomoce) może być tylko tak dobry jak ten, który go dosiada. A to niestety w Polsce kuleje bardzo. Większość z nas wyrosła przecież z rekreacji, i wchodząc na jakąś ambitniejszą ścieżkę do dobrego jeździectwa, musiała się uczyć wszystkiego od nowa. Zapomnieć o: „łydka”, „pchaj go”, „zbierz go”. A ci jeźdźcy do których tak się mówi, w 99% przypadków nie wiedzą o co chodzi w tych powszechnie rzucanych frazesach. I tak nauczeni idą zabierać się za młode konie. Robisz, co tylko możesz z zasobami i wiedzą, które posiadasz w danym momencie.
    W zeszłym roku wzięłam się za szukanie konia „pod siebie” i poległam. Raz, że mylnie wydawało mi się, że budżet 40 tys. to nie jest aż tak mało, żeby wyszukać fajnego wierzchowca, a dwa – no gdzie są te fajne, poprawnie zrobione konie? Bo jak dotąd, dla mnie jako osoby nie posiadającej większych kontaktów w świecie jeździeckim, wydaje mi się, że na ogłoszenia wystawia się te egzemplarze, które już się nie sprawdzają. W tym roku wracam do tematu.. i zobaczymy. Może zbiorę się na odwagę i odezwę się w końcu do Quanty w tej sprawie :)

    1. Karolina

      Śmiem twierdzić, że da się kupić dobrze zrobionego konia w dobrej cenie. Tylko trzeba mieć szczęścia. 😉 Oczywiście nie chodzi mi o odpowiedniki Totilasa, a o bardziej przyziemne konie, nie zakładające sobie nóg za uszy.
      Mój przypadek idealnie się do tego pasuje. Koń kupiony tanio, ze względu na to, że poprzednia właścicielka miała dobre serce, dużo pieniędzy i szukała tylko dobrego domu dla swojego kopytnego.
      Orientując się trochę w rynku widzę, że takie przypadki trafiają się częściej niż można się spodziewać.

      1. Olga

        Czyli patrzeć na „tylko w dobre ręce”? :) Żaden tam Totilas mnie nie interesuje, bo absolutnie nie ogarnę. Widać faktycznie, jak we wszystkim, trzeba mieć trochę szczęścia 😉

        1. Karolina

          Niestety w świecie jeździeckim przydają się znajomości, bardzo się przydają. Momentami nawet one zawodzą. Jak patrzę na niektóre przekręty przy sprzedaży koni, to aż się łapię za głowę. Trudno uwierzyć do czego niektórzy są zdolni.
          Wiem, że kupno konia to niełatwa sprawa, więc życzę powodzenia. Niech szczęście CI sprzyja. :)

  18. Riada

    A tak z ciekawości- co to za koń staje dęba na zdjęciu?

    1. quanta

      Nie staje dęba, on bryka jelonkami. Sucharek – i jego pomysły na kontakt na wewnętrznej wodzy. Dwa lata temu miałam z nim wesoło 😉

  19. Kinga

    Oj coś wiem na ten temat. Swojego pierwszego konia dostałam w wieku 7 lat. Rodzice kupili mi uroczego 2 letniego kucyka. Pominę już fakt iż oszukano nas względem faktu jej wieku i umiejętności (i charakteru xD). Suma sumarum wylądowałam z prawie surowym koniem. Moje umiejętności jeździeckie (a raczej ich brak) sprowadzał się do kręcenia w kółko na bardzo spokojnym koniu w trzech chodach. Wiadomo zbyt wiele nie wymagało się od kucki to jakoś dało się przeżyć. Aczkolwiek ile się z niej naspadałam, przestraszyłam i wg innych rzeczy wokół niej nie potrafiłam zrobić to moje. Rodzice niestety nie byli zbyt pomocni, pojęcie o koniach może jako takie mieli ale o jeździe konnej już żadne… Kiedy mówiłam, że nie daje sobie z nią rady i ktoś doświadczony by się przydał (w sumie jak na lata dziecięce miałam już trochę oleju w głowie xd) najzwyczajniej mnie wyśmiewali mówiąc, że przecież konia chciałam. Koniec końców jakoś się woziliśmy ale na pewno nie byłoby to to czego chciałam.
    Po jakimś czasie wiadomo z kuców się wyrasta, zachciało mi się dużego koni,a odłożyłam i rodzice pomogli mi kupić 8 latkę… surową xD Od kucyka na pewno była spokojniejsza, ale i tak nastolatka nie dawała rady już takiego konia ogarnąć. Sprzedałam ją bez żalu do tego co robiła większość życia, czyli do bryczki. Potem rodzice stwierdzili, że może lepiej kupić źrebaka i wychowywać go od najmłodszych lat, przynajmniej będziemy wiedzieć jaki jest :) Wtedy moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu wylałam swoje żale, że przecież ja sama nie dam rady go zajeździć a oddać komuś oni mówią strata kasy. Odpowiedzią było ‚skoro się koni boisz to nie kupujemy’. Przyrzekłam sobie, że kiedyś kupie sobie takiego konia aby na niego wsiąść i nie bać się o przeżycie. Także tego po dziś dzień go nie mam xd

    Ps. Przepraszam za długo wywód, ale naprawdę trafiłaś tym tekstem do mnie idealnie.

  20. Ewa

    Gdy sprzedalam mojego poprzedniego konia myślałam ze jestem mistrzem świata i okolic… zdecydowałam się na zakup 1, 5rocznego gierka. Gdy przyszedł czas na zajazdke, już po pierwszej jeździe zdałam sobie sprawę z faktu jak mało wiedziałam… (a trafił mi się koń wspaniały z charakteru, wybaczajacy wszystkie błędy i bardzo współpracujący). Od jego zajazdki minęło jakieś dwa lata, A my nadal pracujemy nad podstawami, które pominęłam na początku (z niewiedzy), tyle tylko, że pod okiem fachowca. Wiem ze, pod okiem fachowca pewnie by już startował konkursy P, N, Wiem też ze drugi raz młodego konia bym już nie kupiła. Muszę jednak przyznać ze, gdybym go nie kupiła to nie miałabym okazji dostać najlepszej lekcji pokory na świecie.

  21. Julita

    Mnie się jeszcze przypomniała historia Przyjaciółki ze stajni…
    Kiedyś kupiła sobie kobyłę (cud miód) spokojną, ułożoną, dorosłą…. Spędziła na jej grzbiecie najlepsze (jak sama mówi) lata swojego jeździeckiego życia, ale niestety los chciał, że nabawiła się poważnej kontuzji, a że naprawdę miała swoje lata i różni weterynarze mówili, że jest ciężko i że nie dają jej szans…poszła na zasłużoną emeryturę.
    Przyjaciółka (która dawno juniorem już nie jest i kariera sportowca (ba! podwórkowego zawodnika) nigdy jej nie ciągnęła) postanowiła kupić drugiego konia… tłumaczyłyśmy jej usilnie i pytałyśmy, czy na pewno potrzebuje młodego ruszającego się konia, czy nie chce znów trafić na złotego konia na którym dalej będzie jeździć dla przyjemności, na którym będzie mogła sama jechać bez strachu w teren.. no wiecie o co mi chodzi… „no tak, macie rację” -słyszałyśmy za każdym razem…
    Za namową trenerki kupiła piękną, młodą, genialnie ruszającą się kobyłkę… której się bała od momentu przywiezienia jej do naszej stajni. długo nie chciała na nią wsiadać, bo kobyła była po prostu niezrównoważona i niebezpieczna. „pojeździły” na niej 3 miesiące i kobyła zerwała międzykostny. Teraz mija jakieś 1,5 roku jak ją leczą -z prognoz wiem, że nie wróci do sportu, do jazd i jako już chyba 7 letnia kobyła (która właściwie nie zaakceptowała ani jeźdźca ani jego pomocy) nadaje się nie wiem na co… bo nawet nie na pastwiska, bo strach o nogi…na matkę też raczej nie bo są kłopoty z paszportem, a ma taką postawę, że dobrych genów raczej nie….

    Napisałam to jako przestrogę… Młode konie to naprawdę nie łatwa sprawa… i tak jak dziewczyny piszą -jeśli masz kupić młodego konia z którego i tak przez dwa lata nie będziesz miała frajdy, to załóż większą skarbonkę i pozbieraj jeszcze trochę funduszy na doroślejszego, ułożonego konia.

    1. quanta

      Młode konie obdarzone dużym ruchem są szczególnie trudne do pracy, ponieważ są o wiele bardziej narażone na kontuzje. Z jednej strony nie są w stanie ten duży ruch dawać cały czas jeźdźcowi, ale z drugiej strony nie potrafią go wyłączyć. O wiele bezpieczniej jest zacząć z koniem poprawnym i go potem rozwinąć, niż potem się wiecznie zamartwiać o młodzika, który nie potrafi się wyluzować w kłusie przez nóżkę, bo zwyczajnie takim chodem nie dysponuje.

  22. Kamila

    Ja to zawsze po takich postach zastanawiam się na jakim ja w ogóle poziomie jestem i czy w ogóle to ma w moim przypadku sens 😀 Po czym nadchodzi chwila desperacji z powodu braku pieniędzy na rozwój i braku dobrego trenera w okolicy 😀
    Ale zgadzam się z tym stwierdzeniem 😀

  23. Kasia

    Do wszystkich (bardzo, ale to bardzo) słusznych uwag dodałabym jeszcze jedną: niedoświadczony jeździec w duecie z koniem o równie nikłej wiedzy i umiejętnościach to zwiększone ryzyko kontuzji tego drugiego. Albo sytuację, w której właściciel takiego np. trzylatka jest dla niego po prostu za ciężki. Jak biedne zwierzę ma ogarnąć i naukę i ciężar o 10kg za duży?
    Ludzie nie mają wyobraźni, a wielu dramatycznie przecenia swoje umiejętności, stąd taki problem. Nie raz i nie dwa trafiają mi się uczniowie, którzy twierdzą, że jeżdżą doskonale, a ani nie potrafią wytłumaczyć DLACZEGO używają łydek, albo nie potrafią zrobić półsiadu bez strzemion (jak to??? przecież tak się nie da!!!), nie mówiąc o pełnym dosiadzie…

  24. amnestria

    Heh, temat dla mnie.

    Sama uważam się za ofiarę 😉 swojej bezmyślności, osób postronnych, które mając większe doświadczenie nie wybiły mi pomysłu z głowy i rynku 😛 Moim założeniem był koń 8-letni +. Oglądałam różne, kwadratowe i podłużne – w większości w wieku 7 lat jednak. Niestety, to co było w moim zasięgu cenowym (chciałam konika rekreacyjnego do 15 tys.) było albo totalnie źle ujeżdżone, albo nie przechodziło TUV (i to nie były drobnostki). W procesie zakupu (czy może bardziej oglądania koni) uczestniczyli nieraz trenerzy, którym ufałam i sami w pewnym momencie zaczęli mi podsuwać 4-latki, mimo mojego wyraźnego oporu. Czas mijał, niestety cierpię na totalny brak cierpliwości i co… skończyło się jak skończyło.

    Koń 3,5 roku, dzicz kudłata. Nie zajeżdżałam go, ale samo zajeżdżenie to jest jakaś tam rzecz. Miałam przy sobie trenerów. Ale to też jest jakaś tam rzecz. De facto po zajezdce, którą przerywały rozliczne przypadki i wypadki, zaczęłam jeździć pół na pół z trenerem. Ale na Boga! Nie da się pracować z koniem, samemu nie umiejąc jeździć na tyle dobrze, by konia czegoś uczyć – chyba, że złych rzeczy. A trener nie da rady wszystkiego poprawić.

    I mój zakup to BYŁ błąd, mam tego pełną świadomość. I z tą wiedzą, którą mam teraz nie kupiłabym swojego konia. To, że go teraz kocham to jest inna inszość. Mimo wszystko uważam, że nie zasłużył sobie na to, bym go zepsuła.

    Niestety moja refleksja jest też taka, że w tym wypadku – zakupu młodych koni – ludzie nie uczą się na cudzych błędach. I ja zaliczam się do tych niechlubnych przykładów

    Trochę pasuje mi tutaj alpinistyczno-taternicki słynny Błąd Birkenmajera (http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/3369611,birkenmajer-ostatnia-droga-w-tatrach,id,t.html)
    W skrócie – wybitny taternik poniósł śmierć, bo porwał się na wyczyn, któremu nie był w stanie sprostać.
    Za wikipedią: „termin stosowany przez alpinistów do określenia dobrania nieodpowiedniego celu do aktualnych możliwości wspinacza”

    Czyż to nie jest to samo? 😉

    1. quanta

      To prawda, nie uczą się, nie słuchają tych bardziej doświadczonych, albo tych, którzy na własnej skórze się przekonali, że nie ma lekko 😉 Tak to już wygląda i szczerze, nie sądzę żeby chociaż jedna osoba pod wpływem mojego bloga powstrzymała się przed zakupem surowiutkiego końskiego szczeniaczka. No cóż: jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz 😉

      1. Maria

        A tu Cię zaskoczę ! Własnie mnie powstrzymała przed popełnieniem tego błędu. Słuchanie innych – zrobisz sobie pod siebie, wychowasz go, będzie cacy.
        Sama w zeszłym roku rozstałam się z koniem, który mimo 8 lat był dla mnie zbyt trudny, dlaczego miałabym się pakować znów w to samo?
        Na szczęście na nowo wrócił mi zdrowy rozsądek za co bardzo dziękuję 😉

  25. Ewelina

    Bardzo fajnie napisane-sama prawda. Najgorsze w tym wszystkim, że czym ludzie mają mniejsze doświadczenie, tym bardziej im się wydaje,że jakoś dadzą sobie radę. Wiedza i doświadczenie uczą pokory…
    Poruszę trochę kwestie młodych koni kupowanych przez jeźdźców początkujących/rekreacyjnych.
    Ja poznałam swojego konia jak miał skończone 7lat, czyli wcale nie aż tak mało. Kupiłam 1,5roku później. Hucuł jeżdżony sezonowo na zasadzie „i heja banana”. Początek był koszmarem, blokowanie wędzidła, uporczywe machanie łbem-wyrywanie wodzy, ponoszenie w terenie a na ujeżdżalni ślimak, brak jakiejkolwiek kontroli. Jeżdżę typowo rekreacyjnie,dla przyjemności. Można się domyślić,że przyjemność z jazdy na takim koniu była zerowa. Ale jednocześnie od początku był to koń, który myślał. Bardzo szybko załapał,co zrobić jak go ciągną czy szarpią, trzeba przyznać,że radził sobie doskonale. Moja praca z nim była dla niego chyba zupełnym zdziwieniem, nikt nie szarpał, nikt nie ciągał, nikt nie dawał „łydy”. I w tym przypadku szybko się zorientował,że zwyczajnie nie ma się przed czym bronić. Dziś, po latach nadal mam tego konia-teraz ma skończone 17lat, jest w doskonałej kondycji i na chwilę obecną jest najbezpieczniejszym koniem na jakim kiedykolwiek jezdziłam. Wciąż jest koniem typowo rekreacyjnym, ale dziś już bardzo przyjemnym do jazdy,jeżdżonym z uwagą na samoniesienie i rozluźnienie. Niestety, zmieniając przez te wszystkie wspólne lata pensjonaty miałam okazję naoglądać się przeróżnych dziwnych obrazków. Problem w tym,że większość ludzi tuptających rekreacyjnie nie widzi różnicy w podstawowych kwestiach.Młody jest fajny,bo się „zrobi po swojemu” a taki 12 latek to na pewno za tydzień pójdzie na emeryturę… Ważne,żeby ładnie wyglądało, wybierają drogę na skróty, kupują młodziaka, trochę patentów i koń idzie „pięknie zganaszowany”. Zakup konia surowego,albo ledwo podjeżdżonego dziecku to też hit. Razem będą dorastać, razem będą się uczyć. A jak nie wypali,to razem będą się łamać, ale co tam, zawsze warto spróbować. Przerażające to jest. I takie rzeczy dzieją się w stajniach rekreacyjnych uchodzących za dobre. Ludzi nie jest mi szkoda w takim zestawieniu, bo ludzie mają wybór, konie niestety nie.

  26. Olinek

    Moim pierwszym koniem był 6 latek ! Nigdy więcej nie popełnię tego błędu. Znajomy „trener” namówił nas, bo koń ładny, grzeczny , idealny dla dziecka ! Pfffff okazało się po zakupie oczywiście, że przed moją jazdą próbną konia jeżdżono, tak długo i intensywnie, żeby mi krzywdy nie zrobił ! Jeździłam wtedy rok czas ! Wiadomo moi rodzice się nie znali, trener powiedział, że świetny, nie drogi, przyszłościowy … Prawie co jazdę zsiadałam z płaczem, bo koń ponosił, stawał dęba i brykał ! Z moim nowym trenerem doszłam z koniem do ładu, ale wiadomo niektórych błędów nie naprawisz. Teraz po 5 latach jazdy, mam młodego 4 latka, kupiła go zaraz po tym jak przyjął siodło i jeźdźca, pod czujnym okiem trenera sama przygotowałam go do pierwszych startów, w WKKW na razie LL, w skokach do L i w ujeżdżeniu do L :) Młody ma czasem swoje humory i nie raz próbował pokazać kto tu rządzi 😛 W sumie młody jeździ pod siodłem pół roku, pierwszą L w skokach przeszedł na 0pkt. a L w uje na 67% :) Mimo dość małej ilości lat jazdy bo tylko 5, jeżdżę na każdego rodzaju koniach od młodych koni po konie doświadczone :) Choć na co dzień nie jeżdżę z trenerem, obowiązkowo przyjeżdżam do niego raz w tygodniu, żeby skontrolował moją pracę z moimi końmi i od czasu do czasu wsiadł :) Najważniejsze to dobry trener !

  27. Mela

    Bardzo mądry tekst, szczególnie że, jak autorka przyznała, napisany w oparciu o pepełnione przez nią własne błędy. A nic tak nie uczy jak własne błędy.

    Ludzie kupowali, kupują i będą kupować młode konie, z różnych względów. Szczególnie z takiego, że prawie każdy przekonany jest, że posiada niezbędne umiejętności do pracy z młodym koniem.

    Ja kupiłam 4 letnią kobyłkę, ledwo co zajeżdżoną i de facto nigdy tego nie żałowałam. Podówczas miałam ponad 13-letnie doświadczenie w siodle na różnych koniach, ale głównie rekreacyjnych. Powoli na spokojnie sobie pracowałyśmy, kiedy nadszedł taki moment że trzeba było, to zaczęłam jeździć z trenerką dwa rzy na miesiąc, ale ona nigdy sama nie wsiadała. I tak sobie powoli przechodziłyśmy kolejne etapy, klasy ujeżdżenia aż do C. A błedy były i będą bo nikt na świecie, no może E. Gal jedynie, nie jeździ w 100% perfekcyjnie z idealnym dosiadem i kontaktem.

    A dobrze ujeżdżonego, starszego konia też można zmanierować i zepsuć.

  28. megi

    super tekst!!!
    podsumowując : JEŹDZIECTWO UCZY POKORY!!! 😉

    1. IYD

      Sorry, ale nie do końca się zgadzam. Zakup „doświadczonego” konia to bardzo często duże pieniądze za konia po pierwsze ze słabym zdrowiem, kontuzjami, kulawiznami, chipami, narowami, konia, którego sprzedaje właściciel ponieważ „coś” jest z nim nie w porządku. Kupując takiego konia jeśli nie płacimy 1.000.000 PLN, albo lepiej Euro, możemy mieć niemal 100% pewność, że nie jest to koń który sprawdzi się w sporcie. Druga sprawa to narowy i złe przyzwyczajenia, tysiące, tysiące złych skojarzeń, lęków, skrzywienia psychiki itd. – koń ma dużo lepszą pamieć od nas, jeździec często zapomni o małym incydencie na wczorajszej jeździe, ale koń nigdy! – ręczę, że potrzeba wielu, wielu lat, aby to wszystko odrobić, a i tak nie mamy pewności, że się w którymś momencie naszemu konikowi coś złego nie przypomni, to już po prostu jest zapisane w pamięci konia i nie mamy gumki, aby to wymazać, możemy jedynie złe doświadczenia zamalowywać dobrymi – to jednak nigdy nie będzie do końca skuteczne.
      Dla mnie odrabianie lub nawet po prostu nauka starszych powiedzmy 10 letnich koni to super sztuka, i przed osobą, która to robi skutecznie „czapki z głów”.
      Tymczasem kupując konia młodego surowego z dobrej państwowej stadniny (niemal nigdy nie kupiłem konia inaczej niż w stadninie) po pierwsze możemy trafić na super championa/championkę – a to zawsze daje nam dreszczyk adrenaliny, po drugie mamy konia czystego z „carte blanche”, konia bez narowów, dobre badania plus seria zdjęć i mamy duże prawdopodobieństwo, że koń jest zdrowy, z dobrym aparatem ruchu, „wychodzony”, i przede wszystkim bez złych doświadczeń.
      OK – w końcu musimy na niego wsiadać – pełen luz, absolutna przepuszczalność, lekkość dosiadu, aksamitna lekka ręka, żadnych oporów, żadnej walki, upajanie się dynamiką konia, jego lekkością, podążaniem do przodu, swobodą ruchu – sama przyjemność, esencja jeździectwa.
      Kiedy zsiadam z mojego 3 letniego angloaraba – po prostu nie mogę się doczekać następnego dnia kiedy będę mógł na niego znowu wsiąść. Konia jeżdżę od miesiąca – pełne bezpieczeństwo, żadnych incydentów, luz, zaufanie, brak reakcji konia na hałasy itp. jednym słowem bajka. Dodam tylko, ze angloarab ma „zły” rodowód – Huzar i Judex. Moich doświadczeń, ze surową 6-letnią folblutką po torze nie opiszę, bo pewnie nikt nie uwierzy, ale tak spokojnego, miłego, zrównoważonego, chodzącego w zebraniu i chcącego rozmawiać konia „ze świecą szukać”.

      P.S. Właśnie wyjechał z naszej stajni kowal, który przez 3 godziny nie dał rady okuć „konia profesora” kupionego za kilka dziesiąt kPLN, dziewczynki która jest tym koniem zupełnie załamana.

      1. FastTaker

        chyba nie zrozumiałeś o czym Quanta pisała..

      2. quanta

        Mam podobne wrażenie, jak FastTaker. Na pewno IYD przeczytałaś mój wpis?

        Nie neguję młodych koni, zwracam tylko uwagę, że taki koń w rękach niedoświadczonego jeźdźca to na 1000% problemy. A w dodatku bardzo mały pożytek dla tegoż jeźdźca.
        To miło, że masz fajnego trzylatka, ale z koniem sześcioletnim dobry trener jest w stanie w dwa lata nieźle posadzić jeźdźca i dać mu dużą dawkę wiedzy chociażby na temat tego, jak swoim ciałem zmieniać równowagę konia, balansować go, podstawiać zad, czuć końskie ciało. Trzylatka szczerze mówiąc zostawiłabym jeszcze na łące, a w kolejnym roku wsiadała cztery razy na tydzień na półgodzinki, zajmując się jazdą naprzód, skręcaniem i podstawowymi zmianami chodów. I choćby taki młodziak był nie wiem jak słodki, miły, układny i utalentowany – nie da jeźdźcowi nic więcej ponad ten poziom. Przez całe dwa lata!

        Niestety koń, który nie daje się okuć, to nie jest żaden profesor, tylko zwyczajnie koń znarowiony. Jeśli ktoś go jako profesora kupił, to został zrobiony w bambuko.

        Jest ogromna przepaść między surowym trzylatkiem, a „zepsutym i chorym koniem za milion złotych albo euro” 😆 Wystarczy znaleźć dorosłego, 6-7-letniego zwierzaka, który ma ogarnięte podstawy, jest wychowany, rozumie pomoce i porusza się pod jeźdźcem w równowadze. Na którego wsiądziesz i pojedziesz konsultacje z wybranym trenerem, gdzie dostaniesz ogrom fajnej wiedzy.
        Dodatkowo trzylatek wcale nie jest tańszy. Zanim stanie się takim podstawowo przygotowanym, dorosłym koniem, zapłacisz za 36 miesięcy jego utrzymania na pensjonacie, 24 razy za kowala, sześć razy za szczepienia, niezliczoną ilość razy za treningi czy pasze. Owszem, to płatność na raty, ale i tak wpada do skarbonki pod tytułem budżet na konia.

        A jeśli komuś się marzy naprawdę super-to-koń-profesor, to jest metoda, żeby takiego konia kupić naprawdę w przyzwoitej kwocie. Wiek. Konie od 15-go roku życia robią się tanie. Na zachodzie często i gęsto widuje się obrazek 18-letniej amazonki na 18-letnim koniu. Taki starszy koń może przez kilka lat naprawdę wiele nauczyć. W ubiegłym roku był na sprzedaż zjawiskowo piękny kruczokary ogier hanowerski o olśniewającym ruchu. Licencjonowany, z uprawnieniami do rozrodu, chociaż kompletnie nie ogierzący i bezpieczny. Chodzący konkursy MR plus wykonujący zmiany co tempo, pasaż. 15 lat ukończone, cena – poniżej 15 tys. euro. Jeśli odejmiemy od tego licencję i zachwycający eksterier, a zostawimy poziom umiejętności i wiek – to możemy znaleźć konia koło 8-10 tys. euro.

        Dreszczyk adrenaliny przy trafieniu na superczempiona? 😆 OMG, jeśli masz odpowiednie umiejętności, to w ujeżdżeniu dobrą i cierpliwą pracą sobie tego superczempiona zrobisz, nie musisz na niego trafiać 😉

        P.s. – jak czytam hasło „koń chodzący w zebraniu” to niestety jestem pewna, że mam do czynienia z niezbyt doświadczonym jeźdźcem. Myślę, że zebranie to dla Ciebie po prostu zganaszowanie koniowi głowy, bo w zebraniu się nie chodzi / nie jeździ! Chody zebrane to są momenty, które prosisz zaawansowanego konia w krótkich chwilach podczas treningu. Nawet czworobok GP koń nie „chodzi w zebraniu” – zebranie jest przelatane momentami swobodnych lub wyciągniętych chodów. Suchy, który ma niezwykły naturalny temat do zebrania – chodzi w chodach roboczych, a nie „chodzi w zebraniu” 😉 Dam sobie rękę uciąć, że Twoja 6-letnia folblutka również nie „chodzi w zebraniu”, bo nawet u najlepszych jeźdźców ujeżdżeniowych konie w tym wieku dopiero zaczynają zebranie dopiero odkrywać i są w stanie utrzymywać je tylko przez krótki czas.

        1. FastTaker

          Quanta, twoje P.s. doskonale ubrało w słowa to co znacznie umniejszyło wiarygodność tekstu IYD w moich oczach… Rano za bardzo nie miałam już czasu na pisanie dłuższej wypowiedzi. Szczególnie mi się „spodobał” (xD) ten fragment:
          „OK – w końcu musimy na niego wsiadać – pełen luz, absolutna przepuszczalność, lekkość dosiadu, aksamitna lekka ręka, żadnych oporów, żadnej walki, upajanie się dynamiką konia, jego lekkością, podążaniem do przodu, swobodą ruchu – sama przyjemność, esencja jeździectwa.”
          Z kontekstu mi wypływa, że tutaj mowa o wsiadaniu na tą młodziutką surowiznę/podjezdka z państwowej stadniny. IYD, jeśli pisząc „pełen luz” chodzi ci o to, że 3-letni koń bez problemu przyjmuje jeźdźca i mając go na sobie po raz pierwszy nie odstawia sceny rodem ze starych westernów to informuję uprzejmie, jako że parę koników robiłam pod siodło a wcześniej luzakowałam przy robieniu parunastu, że zaufanie do człowieka, posłuszeństwo to cechy wypracowywane u konia podczas pracy przygotowującej go do przyjęcia jeźdźca. Wielkie gro poprawnie wdrożonych w pracę młodziaków przyjęło jeźdźca bez mrugnięcia okiem a żaden ze znanych mi nie pochodził z państwowej stadniny. Idąc dalej, wybacz, ale młodziak chodzący pod jeźdźcem dopiero któryś miesiąc i absolutna przepuszczalność to stwierdzenia wykluczające się nawzajem. Dodam jeszcze, że „lekkość dosiadu” i „aksamitną lekką rękę” musi wypracować u siebie jeździec, jak ktoś siedzi jak wór kartofli uwieszony na wodzach to tak samo będzie siedział na Baśce od pługa i na młodziaku nawet z państwowej stadniny…
          IYD w świetle powyższego podejrzewam, że w twojej ocenie stanowisz ze swoim koniem nieco inny obrazek jeździecki niż w rzeczywistości z nim tworzysz.

  29. Olga

    W jednym na pewno mogę się zgodzić, na podstawie ostatnich doświadczeń, że: „Zakup „doświadczonego” konia to bardzo często duże pieniądze za konia po pierwsze ze słabym zdrowiem, kontuzjami, kulawiznami, chipami, narowami, konia, którego sprzedaje właściciel ponieważ „coś” jest z nim nie w porządku.” Walę jak wół zawsze na wstępie, że konik ma być łatwy, dla amatora itd., tłukę się np. jak ostatnio 300 km, a tam dwa konie do obejrzenia, z czego jednego zatrzymać nie idzie po przeszkodzie, a drugi ma kontakt typu pojawiam się i znikam. Oba przedstawiane jako koniczki dla juniorka. Biedni CI juniorzy.
    Zgadzam się w 100% z główną tezą Quanty z tego wpisu, ale życie swoje… W trakcie poszukiwań mojego konia profesora, przy czym zaznaczam, że nie szukam konia wyłącznie do ujeżdżenia, tylko takiego wszechstronnego, co to i skoczy coś i o dobrym ruchu, a przede wszystkim miłym charakterze, na bardzo fajnego 5,5 latka. Może nie jeździłam na 200 koniach w swoim życiu, ale jest to chyba najbardziej jezdny koń na jakim siedziałam. Pech, że jednocześnie też najdroższy. Czy to warto? Czy go nie popsuję brakiem równowagi jeszcze i tysiącem innych bzdur, które jeszcze robię? A może szukać dalej. Dylemat za dylematem :/

  30. Julia

    Gdy miałam 14 lat ,przyjechała do mnie 3 letnia (sic !) kobyła , moja wymarzona własność-znałyśmy się od źrebaka i mimo ,że finalnie się dogadałyśmy i jazda na niej stała się dla mnie przyjemnością (co prawda dopiero po ok 3-4 latach ,ale jednak! 😀 ) ,to nigdy więcej nie porwałabym się na coś takiego,albo doświadczony koń- profesor ,albo żaden!

    Fiona wyrosła w końcu na bardzo fajną klacz i chwała jej za to,bo tyle ile błędów w pracy z nią popełniłam ,to nigdy.
    Obecnie ma 8 lat i jest miłym oraz przyjemnym do jazdy koniem ,ba nawet pomaga się wdrożyć w jeździecki świat swojej nowej 15 letniej opiekunce ,z tym,że teraz jest to odpowiednia kolejność 8 letni „dojrzały” koń i 15 latka która coś z tej pracy może wynieść ,mimo,że nie zawsze jest łatwo . 😉

  31. Sabatówka

    Wiata. Znalazłam ten wpis i w pełni podpisuję się pod treścią. Sami posiadamy przeróżne konie, zwłaszcza folbluty, z którymi przychodzi pracować od ich narodzin, przez dzieciństwo i okres po karierze wyścigowej. Wiadomo, że różnie bywa. Przychodzą też chętni na jazdę. Zdarza się, że pytają wskazując palcem, czy ten konik jest do kupienia i spotykają się z odmową. Nie dlatego, że koń nie jest na sprzedaż, ale dlatego, że początkujący kupujący się nie nadaje. Dlatego też zwracam się z pytaniem, czy na naszym blogu mogłabym podpiąć link z wpisem „Nie dla młodych koni i niedoświadczonych jeźdźców”. Oczywiście podpinka będzie opatrzona przypisem z zachowaniem wszelkich praw. Pozdrawiam.

  32. Magda

    No dobra, ale ktoś kto te konie dla Nas zrobi też musial się tego kiedyś nauczyć. Nie ma ludzi którzy się rodzą ze zmysłem ujeżdżania i wychowywania koni. Wątpie że choćby połowa osób reklamujących się jako trenerzy koni wie co robi…

    1. quanta

      Oczywiście, że nie – ale powiem Ci, co usłyszałam od bardzo znanej i utytułowanej polskiej zawodniczki, trenerki, osoby z jedną z największych kolekcji medali i pucharów w kraju, o ogromnym wręcz doświadczeniu. Rozmawiałam z nią o młodych koniach i ona, znana z bezkompromisowego i ciętego języka powiedziała mi, że pierwszy koń, którego się robi „na własną rękę”, jest, cytuję teraz dosłownie: „na śmietnik”. Napsujesz, naknocisz, nie masz szans zrobić dobrze biorąc się za młodego konia, który nic nie umie samemu też nic nie potrafiąc. Drugi koń też jest „na straty”, ale jest szansa, że tego uda się jeszcze po drodze sprzedać. Dopiero trzeci będzie mógł się do czegoś nadawać, bo na tym etapie początkujący jeździec może dopiero tworzyć własny system pracy i myśleć o nauce nie tylko swojej, ale też zwierzęcia… Brutalnie powiedziane, ale jest w tym niestety dużo racji :(

      Jeśli ktokolwiek, kto jest niewprawnym/niedzielnym jeźdźcem-amatorem mimo wszystkich przeciw bierze się za młodego konia, to musi, absolutnie musi pracować z koniem pod okiem doświadczonego szkoleniowca, dobrego trenera.
      Niestety wielu niedoświadczonych jeźdźców nie potrafi nawet rozpoznać dobrego szkoleniowca, a „trenerzy” bywa, że zbierają doświadczenie… na naszym własnym, powierzonym im w trening koniu – ale to już zupełnie inny temat.

      Zawsze, jak ktoś przy mnie – zielony, niedoświadczony, bez wiedzy o koniach, bez umiejętności – przebąkuje, że by tak sobie kupił i pouczył młodego konisia, bo to by było fajne i w ogóle, to pytam takiego delikwenta, czy ma pojęcie o fizyce jądrowej. Opowiada taki rozmówca, że nie, że skąd by miał mieć, no jak to przecież. Ok – a czy w takim razie nie chciałbyś kogoś pouczyć jak się obchodzić z pierwiastkami radioaktywnymi, jak je przechowywać, albo jak za ich pomocą wywołać reakcję łańcuchową. No ależ oczywiście, że by nie chciał – co to w ogóle za durny pomysł! – No właśnie, a za młodego konia chcesz się brać, a tak samo nie masz o tym pojęcia…

      Może to raczej bardziej materiał na osobny wpis, ale obserwuję teraz malutką dziewczynkę i słodkiego kucyczka. Dopóki kucyczka siodłała i przygotowywała trenerka i to ona prowadziła całą jazdę, było ok. Niestety towarzystwo dziecka się rozkręciło i pod nieobecność trenerki kucyczka dla dziewczynki zaczęła przygotowywać i doglądać podczas jazdy egzotyczna niania, albo sympatyczny pan-złota-rączka, oczywiście obydwoje nieświadomie popełniając tysiące karygodnych błędów w trakcie. Efekt jest taki, że kucyk zaczął bardzo brzydko i bardzo bezczelnie dziewczynkę zrzucać, jazdy więcej nie będzie. A przecież wszyscy chcieli dobrze i „nie zrobili” nic złego…

  33. Olga

    Marzy mi się trening z tobą <3 i z moją kobyłką

  34. Attcccamna

    ja niemam konia ale jezdze ostanio mialam zly dzien i doprowdzilam do zmiany konia ale a sie nawet ciesze i n tym i na tym bende jezdzic:

    całuski attccamana <3

  35. Attcccamna

    i na tym i na tym na windim i na arnice

  36. Gosia

    Hej :)
    Może jestem wyjątkiem, który stanowi regułę ale…
    W wieku 14 lat dostałam do jeżdżenia 4 latka. Moje doświadczenie było znikome aczkolwiek startowałam od 2 lat na zawodach ogólnopolskich na koniach bardziej doświadczonych. Dla dziś uważam że nauczyły mnie dużo, ale to raczej one „jechały ” a moim zadaniem było utrzymanie się na siodle.
    W momencie podjęcia współpracy z tak młodym koniem byłam zielona w sprawach szkolenia koni. Moja współpraca z nim trwała 7 lat doszliśmy do poziomu Mistrzostw Europy. Oczywiście gdyby nie pomoc z dołu trenera nie osiągnęłabym tego ale uważam że jest to do zrobienia. Młody jeździec i młody koń. Tylko trzeba to zrobić z głową, pełnym zaufaniem do trenera i ogromną chęcią. Kończąc powiem jeszcze tyle, że ten młody koń nauczył mnie więcej pokory, samo krytyki i cierpliwości niż niejeden kon profesor.

  37. Eliza

    Hmm także ja również opiszę swoją sytuacje.
    Mam 14 lat, zaczęłam jeździć w wieku 7 lat w dziwnej szkółce (rzucali w konie piaskiem „bo głupie nie chciały iść”) Jakieś 1,5 roku później dostałam swojego pierwszego konia (10 letni profesorek, aktualnie na emeryturze) na nim doszlifowałam podstawy i zmieniłam stajnię (w której stacjonuję do dziś) w wieku 10 lat pojechałam na mistrzostwa europy koni arabskich w damskim siodle na bodajże 6-7 letniej arabce z rekreacji (żadnego miejsca nie zajęłam ale sam fakt, że przeżyłam) od 4 lat dzierżawię wspaniałego hucuła na którym obecnie staruję(2 lata z rzędu 3msc wsród juniorów na kucach w damskim siodle na MP), udało mi się z nim zgrać i za miesiąc jedziemy pierwszą C klasę (jak zaczynałam na nim jeździć był na poziomie P z elementami N) Teraz kupiłam drugiego konia- 2 letniego wałacha świeżo po kastracji na którym mam nadzieję, że będę podbijać czworoboki 😉 Właścicielka hucuła ma teraz drugiego konia (5 letni lipican nie licząc przerw chodzący pod siodłem nieco ponad pół roku) na nim od czasu do czasu jeżdżę aby „obyć się z młodymi końmi” i będę również jechać na nim jego pierwsze zawody :)

    1. Eliza

      Ale jeśli chodzi o młodych jeźdźców i młode konie to jestem stanowczo na nie, i zgadzam się w 100% z wpisem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *