«

»

maj 21

Na przekór fatum

Nakazała mi trenerka ruszyć się wreszcie na zawody. Konie fajne, jeździectwo też się kupy trzyma i ponoć tak być nie może, żeby z tymi moimi szkapami siedziała tylko w krzakach za stodołą. Mi tam za krzakami dobrze 😉 Ale mam dwa sześciolatki i faktycznie to wstyd, żeby takie stare pryki nigdzie nie ruszały się ze stajni. Na pewno obydwu im się to przyda, a sporo nowych doświadczeń zadziała jako uniwersalne panaceum zarówno na gorącą głowę Suchara, jak i przerażenie światem Alpiego. Czyli w sumie nie chcę, alb muszę 😉
W dodatku to zawsze, ale to nieodowoływalnie zawsze, kiedy podejmę decyzję o ruszeniu się z domu, to musi się wydarzyć coś, co pokrzyżuje plany. A to koń się ukrzywdzi i musi mieć wolne (im ciekawszy wyjazd, tym dłuższe L4), a to przyczepa na ostatnią chwilę okazuje się mieć niesprawne światła, koń gubi podkowę, a to przydarzy mi się jakiś finansowy dopust boży i zwyczajnie trzeba oszczędzać. Zawsze-zawsze-zawsze. Bez wyjątku.
Mam tremę.

No nic, decyzja podjęta. Żeby to wszystko było takie proste – pakujesz konia w przyczepę i jedziesz. Ale cóż począć – powoli jak żółw ociężale, ruszyła maszyna przygotowań ospale…

IMG_0873

1. Krok pierwszy, to rejestracja koni w PZHK.
Konie mają paszporty niemieckie, ale to nie wystarczy, żeby zarejestrować się w PZJ czy związku okręgowym. Pierwsza wizyta to związek hodowców koni. Jak się okazuje, konia zza granicy trzeba opisać (sic!). Nic tam, że każdy ma już z paszporcie pełną identyfikację i opis graficzny, zatwierdzony przez inspektora ze związku hanowerskiego lub oldenburskiego. Najwyraźniej owi fachowcy swoją robotę wykonali mało profesjonalnie, bo oto całą tę zabawę trzeba powtórzyć. I oczywiście za powtórkę zapłacić 😎 Kosztuje mnie to za dwa konie bagatelka koło 400 złotych…
Jeśli ktokolwiek jest mi stanie wyłuszczyć racjonalność dublowania opisu – stawiam mu worek meszu. Poważnie!
Dalej również nie jest prosto – oto mam okazać umowę kupna-sprzedaży konia. Ja jestem paskudna i nie bardzo mam chęć, żeby ktokolwiek postronny zaglądał mi tak naprawdę prawie do portfela. A już w ogóle mnie zaperzyło mnie dogłębnie, kiedy na moje zapytanie, cóż przyjdzie z okazywania umowy, jeśli mam ją w języku niemieckim – usłyszałam odpowiedź, że w zasadzie to najlepiej powinnam taką umowę przetłumaczyć ❗ O niedoczekanie! Po wielu konsultacjach zamiast umów czy tłumaczeń przygotowuję oświadczenie o własności konia, w którym pod groźbą odpowiedzialności karnej deklaruję, iż rzeczony koniowaty jest mój. Uff.
Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek 😉 Okazuje się, że imię konia wpisane do paszportu ołówkiem czy długopisem nie uchodzi i zastąpić je trzeba bezwzględnie drukowaną naklejeczką. Identycznych naklejeczek używamy w firmie, żeby ręcznie nie adresować większej ilości listów. Koszt takiej etykietki waha się w granicach kilku groszy. Za to samo, ale o dumnej nazwie „wklejki do paszportu” uiszczam opłatę 60 złotych. Ciekawe, czy gdybym sama taką wkleiła, to też by działało? 😉

6yo_Biuro Związku jest czynne do godziny 15:00 😎 i mieści się drobne 35 km od mojego miejsca zamieszkania. Ale co tam, zachciało ci się człowieku mieć konie, to na pewno nie masz żadnej pracy tudzież innych obowiązków na głowie i możesz zarezerwować sobie jeden dzień na wyprawę z drużyną po pierścień, tfu – po paszporty.

Pędzę zatem w korkach, załatwiam formalności równocześnie ciesząc się, że mam już wszystko za sobą. I wspominając też z nostalgią to, jak kiedyś rejestrowałam Zombiego w niemieckim związku jeździeckim, bo za 3 i 4-latka zaliczył on kilka dziecięcych czworoboków. Wystarczyło wysłanie faksem do biura zlecenia „Proszę o zarejestrowanie konia (tu numer paszportu) pod imieniem takim a takim.” Rejestracji dokonano od ręki, a w przeciągu tygodnia otrzymałam listownie fakturę. Dziwny ci Niemcy jacyś…

2. Przekopuję w panice pół domu w poszukiwaniu plakietki z mojej zdanej przed laty (dawno i nieprawda) odznaki. O rany, od tego czasu przeprowadzałam się dwa razy, a co, jeśli mi ta dokumentacja przepadła? :( Plasticzek muszę okazać, żeby się zarejestrować jako zawodnik, bo przecież komputerowa baza danych, w której każdy delikwent ma przypisane odpowiednie rubryki, to byłaby zbędna fanaberia w kontekście machania zaświadczeniami, poświadczeniami, certyfikatami, najrozmaitszą papierkologią…
O, jednak jest! Formatka wielkości kredytowej karty odnajduje się pomiędzy rodowodami moich leniwych kotów. Uff…

3. Teraz badania. W tej kwestii mamy dwie skrajne opcje. Albo badania zaoczne (kosztują koło 50 złotych i są wystawiane bez obecności badanego zawodnika), albo bardzo prawdziwe badania rozłożone na dwie wizyty, pełną morfologię krwi, ekg, cuda wianki, konieczność dojazdu do lecznicy rano na czczo (po raz kolejny zwalniaj się z pracy amatorze jeździectwa) w cenie 230 złotych. Plus VAT.
Wybieram wersję pośrednią…

IMG_9583

5. Robię pełen research zawodów blisko i daleko, wybierając miejsce, gdzie będzie optymalne podłoże, przyjazny debiutantom czworobok (jedne z popularniejszych w mazowieckim zawodów mają dobre 5 metrów od areny dymiącą i śmierdzącą kolorową budę ze smażonymi kiełbasami… O ile Suchy zapewne wykorzystałby okazję, stanął w kolejce i zamówił sobie szaszłyka, to Alpi na sam widok straciłby wszystkie dziewięć żyć) i sensowne warunki postojowe (może jestem jakaś dziwna, ale naprawdę fair jest na przykład móc zamyć spoconego konia po przejeździe). OK – mamy kandydata spełniającego wszystkie warunki, czyli KS Bobrowy Staw.

4. Ustalam z kowalem, że kujemy Susziego na cztery łapy. Jednak wyjazdy, rozładunek i załadunek na rozmaitym podłożu, kamienie i betony po drodze – jednak lepiej dodatkowo mu zabezpieczyć pazurki. Kolejne 350 zł wydane (ehymm, czy jest na sali jakiś sponsor?) 😆

5. Nauczona doświadczeniem wyciągam wcześniej przyczepę, sprawdzam światła, hamulce, uwiązy, siatki na siano, kupozbieraczki etc. Robię przegląd wiaderek, ochraniaczy transportowych, kantarów, ogonków i co tam się może jeszcze przydać.

5. W-MZJ czy PZJ? Mnie by wystarczył ten pierwszy, ale może nie blokować sobie opcji pojechania jakichś fajnych zawodów, jeśli chłopaki się dobrze spiszą? Wybieram PZJ, kompletuję kolejną papierkologię (chcę jednak zrzeszyć się w klubie sportowym, bo zawsze koszty są mniejsze), pięczęci i podpisy prezesów, znów wybieram nieco wolniejszy od pracy dzień, wsiadam w samochód, a równocześnie zapinając pasy rzucam okiem na skrzynkę pocztową w komórce, bo właśnie w temacie zawodów przyszedł mail od organizatora. Czytam go raz. Czytam go drugi raz. Czytam trzeci.

I wiecie co?

Zawody odwołali.

25 comments

Skip to comment form

  1. moon

    Czytam tę notkę, czytam myślę sobie, o, zaraz się czają tu fajne foty z zawodów i… kurtyna.
    Bhawo oni!

  2. quanta

    Suchy miał dziś szóste urodziny tak w ogóle 😉 Uczciliśmy dzień słodkim nieróbstwem :)

  3. Annie

    Jakiś niesamowity pech. Ta niechęć do zawodów to przez ten niefart czy coś innego? A suchego jak kujesz na codzień? Tylko przody?

    1. quanta

      Nie wiem czy niechęć, tylko z mojej strony masę organizowania i dodatkowych kosztów, a w zamian co z tych zawodów człowiek dostanie? Sławę? 😆 Pieniądze? 😉 Kolejne zawody, które mogłabym rozważyć, to Michałowice, a to oznacza wyjazd z jedną szkapą (na więcej na długie trasy mnie obecnie nie stać) i problem z zostawieniem reszty ferajny w domu – bo nie mam z kim. Trenerka też wtedy wyjeżdża, a luzakom to mogę dać szkapy co najwyżej na spacer w ręku tudzież puszczanie w karuzelę.

  4. Marzena

    Heh… To jest Polska! Papierologia to standard. Mój siwy koń ma w paszporcie maść kasztanowatą. Chciałam to zmienić. Udałam się do PZHK. Młody był opisywany przy matce, ale jako dziecko obojga siwych rodziców już jako kilkumiesięczny źrebak miał jakieś 30% włosów siwych w sierści, więc już przy opisie widać było że jest siwy. Ale nie – inspektor wpisał maść kasztanowatą. Jak dowiedziałam się w Związku siwizna została jednak zauważona i w ich systemie komputerowym widnieje kasztan w siwiźnie. Czyli nie okłamuję Związku mówiąc, że siwy jest. Zapytałam, czy mogą dopisać tą informację w paszporcie. W odpowiedzi usłyszałam, że koń musi być ponownie opisany i wydany w związku z tym nowy paszport…

    1. quanta

      O masz…. A nie można by dopisać w paszporcie maści z pieczątką? Bo wyrabianie nowego, no cóż – ja w związku bynajmniej nie musiałam pokazywać ani opisów, ani ich kopii (po prawdzie, to w ogóle te opisy nie dotarły jeszcze do biura związku, bo były nadal u inspektora w terenie). Pokazać za to musiałam… paragon 😆

  5. Riada

    Dziewczyny, macie wybitnie niespotykane doświadczenia. Ja z tatą musieliśmy przerejestrować kobyłkę na nazwisko taty, bo w paspzorcie widniał jeszcze stary właściciel. Ledwo weszliśmy do biura (swoją drogą olsztyńskiego oddziału), a pani wzięła paszport, przestęplowała odpowiednie miejsca i w ciągu niecałej minuty koń był oficjalnie nasz. Wciąż jednak ciekawi mnie czy obejdzie bez opisywania cyrku również przy (mam nadzieję) przyszłym dziecku naszej klaczy. :)

    1. Zuzanna

      Potwierdzam, w Olsztyńskim oddziale przepisanie konia to całe 5 minut roboty – jedna pani bierze umowę do skserowania, druga wpisuje nowego właściciela do systemu i paszportu, a na koniec trzeba zapłacić chyba 11 zł.
      Co do badań to chodzę na kompletne za darmo – na fundusz (tylko za krew trzeba zapłacić mniej niż 10 zł), później co roku lekarz podbija książeczkę za szalone 50 zł 😀
      Rejestracji w W-MZJ nawet nie skomentuję, bo od tygodnia czekam na odpowiedź na maila…

      1. A.

        Przepisanie konia to i w mazowieckim tak wyglądało, ale najwyraźniej wprowadzanie innych tajemnych inskrypcji już takie proste nie jest. A jak jeszcze ogon cudzoziemski to wiadomo – poziom wtajemniczenia rośnie.

      2. quanta

        Masz albo szczęście, albo jakiś przyjazny związek. Moja znajoma kupiła ode mnie konia i mimo okazania umowy nie chciano jej go przerejestrować, bo zabrakło mojego numeru pesel! Na umowie był adres, numer dowodu, inne dane – ale bez pesela ani rusz. Biedna nie mogła się do mnie dodzwonić (niestety przez większość czasu przebywam w dziurze bez zasięgu) i spędziła w biurze dobre dwie godziny, zanim dotarł do mnie sms i mogłam podać ten nieszczęsny pesel.

        1. Justyna

          Ja obraziłam się na nasz mazowiecki związek po próbie przypisania konia do mnie jako nowego właściciela.
          Usłyszałam, że należy w tym celu konia ponownie opisać (co się mogło zmienić? Wyrosła jej trzecia srokata noga?) oraz wyrobić paszport.
          – trzeci?
          – tak proszę pani
          – ale dlaczego nie wystarczą moje dwa?
          – bo konia trzeba opisać
          po oswojeniu się z kolejnym wydatkiem usłyszałam, że mój koń w nowym paszporcie będzie opisany jako NN. NN! Mimo pełnego pochodzenia w paszporcie hodowlanym!
          – jeżeli nie przedstawi pani pełnego wyciągu z księgi hodowlanej, koń zarejestrowany będzie jako NN
          Nie mogłam dopuścić do takiej zniewagi mojej pięknej hanowerki. Jest moja, wychuchana, kochana i zadbana. Bez trzeciego paszportu :)

  6. Moona

    Jejku, niesamowity pech, naprawdę współczuję :(

    1. quanta

      Już się zdążyłam przyzwyczaić. Akcje takie, że przygotowuję młodzika na jego pierwszy wyjazd i w poniedziałek pakuję go do przyczepy, ale nie na szkolenia, tylko do kliniki – to już mi się przytrafiały wielokrotnie. Jeszcze trochę i zacznę wierzyć w pecha 😉

  7. kujka

    Brazowa odznake zdawalam chyba w 2004 roku. Plasticzek nigdy do mnie nie dotarl. Zasadniczo nie mam zadnego potwierdzenia tego faktu. Mam sie bac?
    (Tyle dobrze, ze jestem jedyna na swiecie osoba z takim imieniem i nazwiskiem, a nie Janem Kowalskim, bo wtedy to juz umarl w butach).

    1. quanta

      Tego nie wiem, do rejestracji w M-MZJ teoretycznie trzeba okazać plasticzek (do mnie po zdanej odznace dotarł listem plasticzek i wesoła przypinka, dobrze, że to jednak gdzieś zachowałam…). Podobno jednak jest abolicja (albo ma być) i odznaki nie będą w ogóle potrzebne do okazywania. Czy to plotka czy stan faktyczny, to niestety nie wiem.

      1. Justyna

        Rejestrowałam się w WMZJ-cie w kwietniu. Odznaka do licencji wstępnej nie jest wymagana od początku 2016 roku. Nie było z tym żadnego problemu.

    2. Ola

      kujka, a jesteś wpisana w artemorze? Wydaje mi się, że PZJ to na bieżąco aktualizuje, bo bez artemora ani rusz 😉

    3. moon

      buhahahaha, ja robiłam odznakę, gdy plasticzków nie było, ba, nie mam żadnego świstka co do tego iż zdałam 😛 (Ale wiem, że w systemie kiedyś byłam, bo sprawdzałam – ciekawe czy się nie zgubiłam… :P)

  8. Marta

    Też nie mam plastiku ;/
    Też kiedyś miałam przygodę z zawodami, ze dwa razy przesuwałam termin wakacji z koniem w stajni, w której miały być zawody. Niby miały być te zawody więc pojechałam z koniem wcześniej co by potrenować i zawody odwołali :)

  9. Milenka

    Haha 😀 Świetne! Miałam w zeszłym roku identyczną przygodę 😀 Z tymże ja musiałam zdać odznakę jeszcze :)))

  10. keirashara

    Ale.. jak to badania płatne? Mi kazano iść po skierowanie do „normalnego” lekarza pierwszego kontaktu jak pierwszy raz szłam, a teraz już chodze do przychodzni sportowej od razu, dostaje druczek na bezpłatne badania i z tymi wynikami tuptam spowrotem do przychodni sportowej, gdzie robią mi reszte badań. Totalnie bezpłatnie wszystko o.o’
    Fakt, ponoć bez skierowania to kosztuje, więc polecam się po nie przejść, bo potem dużo oszczędza :) Jednak te badania to co pół roku, więc nie w kij dmuchał.

    1. quanta

      Ja na szczęście jako staruszka z epoki dinozaurów dostałam papier o kwalifukującym do sportu stanie zdrowia na rok 😉 Zatem kolejna przyjemność mnie czeka dopiero na przyszły maj. Uff…

  11. Strucelka

    Nikt Ci do portfela zaglądać nie musi 😉 wystarczy cenę konia zakreślić czarnym markerem albo czarną taśmą. Ja tak zrobiłam, bo też nie mam ochoty obnosić się z tym, ile na konia wydałam.

    Przechodzę teraz przez to samo, tylko że z happy endem, bo moje zawody się odbędą 😉

  12. Hejka

    Skąd kupujesz konie?

  13. Bi

    Wiadomo już może czy zagościsz w Michałowicach ? :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *