«

»

kwi 22

„Harry and Snowman” filmowy dokument o czempionie od pługa

Szykuje nam się nowa pozycja w końskiej kinematografii. Za jeździeckimi filmami i w ogóle filmami o koniach nie przepadam – raz, że przeważnie są strasznie ckliwe, a dwa, jako że realizowane przez ludzi nie mających pojęcia o koniach, zawierają stek bzdur i uproszczeń. Spielbergowski „War Horse” (pl. „Czas Wojny”) mnie zwyczajnie zanudził. „Niepokonany Seabiscuit” był już znacznie ciekawszy, chociaż główny bohater przypominał charakter rodem z bajek Disney’a. To nie są prawdziwe konie. Te, które mają wzloty i upadki, które zjadają derki, rżą na nasz widok, tarzają się w najgorszym błocku, zostawiają nas w krzakach, bo zobaczyły krwiożerczego motylka, rozdeptują stopę na myjce, wycierają nos i upaprane czymś zielonym usta w nowiutkie bielutkie owijki i które pozwalają dotknąć nieba, kiedy na nich siedzimy i nawiązujemy nić tego prawdziwego, międzygatunkowego porozumienia. Te konie z filmów to aktorzy. W dodatku jakoś często średnio do swej roli dobrani. W „Czasie wojny” na przykład kompletnie rozkładał mnie na łopatki koń Joey, który w co drugim ujęciu miał inaczej namalowaną na głowie odmianę, pod którą zresztą nietrudno było się dopatrzeć naturalnego umaszczenia bez makeup’u 😛

Bohater wpisu w otoczeniu kolekcji wygranych rozetek:
plug4

Trzymajmy zatem mocno kciuki, bo oto w produkcji mamy film z koniem w roli głównej, ale – uwaga – biograficzno-dokumentalny, a nie powstały na kanwie literackiej fikcji, dosłodzonej potrzebą zabrania całej (niekońskiej również) rodzinki na kinowy seans.

Historia ma miejsce w Stanach i zaczyna się dość mało ciekawie. Otóż młody imigrant (bohater na czasie!) 😉 z Holandii otrzymuje w 1956 roku posadę instruktora jazdy konnej w szkółce nieopodal Nowego Yorku. Potrzebuje szybko zakupić taniego konia do nauki jazdy dla dzieci, wybiera się zatem na końskie targowisko o parszywej reputacji (konie, które nie znajdują w trakcie licytacji nabywców, automatycznie są wysyłane do rzeźnika). Tam wpada mu w oko siwek, który pracował wcześniej jako koń od pługa w gospodarstwie amiszów. Płaci za niego całe 80 dolarów.
Ta dwójka była dla siebie przeznaczona.
Dwa lata później, Harry DeLeyer na koniu Snowman zostaje trójkoronowanym zwycięzcą najważniejszych konkursów skokowych w Stanach. Snowman jest najpopularniejszym koniem we wszystkich rankingach przez całe lata 60-te, ma własny fanklub, pojawia się w magazynie „Life”, jest bohaterem książek. Zajmuje stałe miejsce w amerykańskiej Show Jumping Hall of Fame (lista legendarnych koni skokowych), a firma Breyer poświęca mu jeden ze swoich modeli.

Niezła technika, jak na konia, który faktycznie wcześniej orał pole!
plug
Snowman był również niesamowicie cierpliwym koniem rodzinnym.
Dzieci mogły się czuć bezpiecznie w dowolnych konfiguracjach:

plug1

Trailer filmu do obejrzenia:

Premiera filmu zapowiedziana jest w Stanach na sierpień 2016 roku (wersja DVD – na listopad). Pozostaje mieć nadzieję, że „Harry and Snowman” – ciekawe, czy tytuł filmu w naszej wersji językowej zostanie zmieniony na „Henryk i Bałwan” 😆 – będzie prawdziwym filmem o prawdziwym koniu.

A gdybyśmy tak jeszcze doczekali się kiedyś dokumentu o panu Sałackim i Czcionce… :)

12 comments

Skip to comment form

  1. moon

    Ooo nie, na pewno nie obejrzę, bo będę wyć jak bóbr. Po obejrzeniu „Czarnego Księcia” dwa dni wyłam w poduszkę, a „War Horse” to nawet nie próbowałam 😛

    1. quanta

      Kiedy tutaj się wszystko dobrze skończyło i dobrze po drodze poukładało 😉 To zapewne będzie biografia typu amerykańska propaganda sukcesu, czyli od pucybuta do milionera, a takie historie są zawsze super inspirujące :)

      1. moon

        Nie robi, jak się dobrze dzieje i kończy… Też wyję. Jak źle to już w ogóle, jestem nie do życia 😛

  2. Ann

    Jak dla mnie jedyny film o koniach, który mi się podobał to Jappeloup. Fajnie obrazuje prawdziwą istotę jeździectwa – to nie tylko medale i sukcesy, ale także i porażki, godziny treningów i zdobycie zaufania konia. Wszystkie inne filmy wydają mi się na tym tle płaskie. Ot co – ktoś wsiada na konia, jedzie wygrywa po drodze jeszcze mały element tragiczny, coby było ciekawiej.

  3. Edi

    Oj-oj :C .Przytoczyłaś złe przykłady – Seabisciut miał kiepską reżyserię i z tym się zgodzę ale film sam w sobie a przede wszystkim historia, był na faktach i to tych najbardziej autentycznych. Warto przeczytać historię Seabiscuita, która jest dziennikiem z opisami jego trenera, jokeya i właściciela. To naprawdę jest historia od zera do happy endu, której naprawdę nikt się nie spodziewał a przy tym jest niesamowita i dużo warta. W filmie jest dużo większe skupienie się na emocjach ale finalnie, koniec jest taki sam. Co do War Horse – cóż, nie oglądałam ale fakt, że reżyserią zajął się p. Spielberg powoduje, ze faktycznie nie ma co się spodziewać za wiele. Ot, ckliwa i miła historia o koniku i chłopcu, którzy mimo przeciwieństw losu potrafią odnaleźć się we Francji. Niemniej, nie wszystkie filmy o koniach takie są. Historia Czarnego Księcia, może w moim przypadku obejrzana za młodu co spowodowało, że moje emocje były dużo głębsze ale to nie jest ckliwa historia z Happy Endem, bo pokazuje od początku, że człowiek jest tym najgorszym katem, który nie myśli o drugiej istocie, że wykorzystuje ponad miarę, że nie nadziei, że nie ma niczego ale nie można się poddawać i trzeba walczyć. Wiele koni na świecie przeżywa taką historię – ile jest tych, które ocierają się o śmierć w rzeźni ale ktoś wykupi, pokocha, nauczy? Tysiące, miliony? A ile jest tych, których nike nie wykupi? Statystyka i liczby pokazują.
    A Hidalgo? Też film o koniku ale na faktach i gdyby nie Frank Hopkins najprawdopodobniej nie byłoby dziś mustangów na preriach!

    1. quanta

      Książkę „Seabiscuit” czytałam, jest fantastyczna i zupełnie, zupełnie inna niż film. Przede wszystkim koń to tylko jeden z bohaterów, nie ważniejszy niż ludzie, a sama historia opisuje nie tyle dzieje konia, co świat wyścigów i realia życia w Ameryce w latach 20. i 30. Przeczytają ją z pasją nawet osoby, u których rzeczownik „koń” nie wywołuje wypieków 😉 Film nawet w połowie nie oddaje tego klimatu i nie pokazuje losów – przede wszystkim ludzi, którzy byli związani z Seabiscuitem.

  4. Lidka

    „Jasiek, Picador i ja” polecam, mamy swojego „Bałwanka’ 😉

    1. quanta

      Albo „Besson i Demona”, gorąco polecam, książkę-wywiad czyta się rewelacyjnie:
      http://ksiazkihistoryczne.pl/historia-polski-xx-w-besson-i-demona/p,328737

  5. Hania

    Cześć, Quanta! Ja z zupełnie inną sprawą, ale jesteś jedną z nielicznych osób, którym, mam wrażenie, można zaufać jeśli chodzi o jakość rzeczy. Przez dwa lata miałam jeździecką przerwę z powodu moich kolan i musiałam wysłać konia na wakacje, a teraz wraca. Niestety, właśnie wyjęłam pudło z bryczesami i przeżyłam szok, bo nie wiedziałam, że aż tak bardzo przytyłam. Ba, myślałam, że jest okej, a tu się okazuje, że bryczesy za duże o dwa rozmiary teraz są obcisłe :o. W związku z tym czeka mnie wymiana garderoby (na to to akurat się cieszę :P) i muszę zakupić jakieś porządne bryczesy. Czy mogłabyś mi coś polecić w przystępnej cenie? Przystępnej, to znaczy do 500 złotych, chociaż już to zaboli mój portfel, aczkolwiek dla komfortu pracy z koniem i swojej jazdy mogę dołożyć te 100 zł i kupić coś porządnego, najchętniej z pełnym lejem. Moje najlepsze bryczesy to stare Pikeury z zamszowym (?) lejem, w których jak się przykleję, tak siedzę <3.
    Pozdrawiam i całusy dla końskiej rodziny!

  6. jadzz

    Co do filmów o koniach, to ja polece Andrzeja Wajde i „Lotna”
    stary film, piekne konie 😉

  7. qqLana

    Film o Czcionce :) to by było coś!!! Pozdrawiam Panią Ewę Husarską, z rąk tego znakomitego trenera wyszła Czcionka i pod Panem Andrzejem zdobyła wszystko …

  8. uukee

    a kiedy coś o skarogniadym ? jakoś 4 lata będzie miał zaraz chyba 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *