«

»

paź 20

Grand Prix Skwary

Korzystając z ładnej pogody i ostatnich ZO odbywających się w pobliżu, wybraliśmy się do Aromeru, ze Skwarkiem na rundę CS.

A to nasz pozytywny dream team po przejeździe – dwójka wesołych horsemanów i Skwary z miną: „I’m fabulous!” 😉

IMG_6244Inne zdjęcia z dekoracji (i zbierania gratulacji i pochwał od sędziów – bardzo to przyjemne :) Skwar poszedł zdecydowanie lepiej, niż na początku września w Bobrowym Stawie, co o tyle cieszy, że od czasu Mistrzostw Polski nikt poza mną na niego nie wsiadał. Pierwszego dnia wykręcił nawet 63,026% w konkursie CS-I i nadal nie był to przejazd bez drobnych pomyłek, czy niedociągnięć, które można poprawić pracą. Pozwala to założyć, że Skwarkowski mógłby osiągać wyniki rzędu 65-66%, to jest jest już naprawdę niezły procent. Może w takim razie przyjmę kolejny cel, do którego trzeba dążyć – Torwar? – i postaram się do tego czasu pomóc Skwierczykowi zrobić następne kroki w stronę dobrego ujeżdżenia.
Kilka kolejnych zdjęć z dekoracji:

IMG_6234 IMG_6236IMG_6242_

Trochę fotek z przejazdu. Skwarek w pięknych ciągach w kłusie (ma coraz więcej siły i równowagi, żeby unieść plecy. W domu udaje mi się już pojechać ciągi w kadencji, a to jest spora nowość dla tego konia, najłatwiej mu utrzymać dobry kłus na prostych, dopiero potem na kołach, ale chody boczne to już wyższa szkoła jazdy):

IMG_5977IMG_5962

Świetna sylwetka Skwarka w piafie. Do pracy pozostają przejścia i to, żeby piaf włączał się błyskawicznie od pierwszych zadanych pomocy. Teraz jeszcze Skwar często się zastanawia, czy aby na pewno powinien się tak wysilać. Niestety trzy sekundy rozmyślania to o wiele za dużo, żeby w programie mieć idealnie płynny przejazd.

IMG_6062 IMG_6063

Nader lotna 😉 lotna. W obydwu przejazdach para zaliczyła kiksy (trzynaście zmian zamiast jedenastu, i trzynaście zmian zamiast piętnastu) – normalna rzecz, jeśli mi przyjdzie na Skwarku startować, będę robić takie same wpadki, o ile w ogóle po drodze nie zapomnę całej trasy na czworoboku 😎 Nieźle jednak, że tym razem Skwar umiał się na tyle skupić, że nie gubił po drodze w okolicach X jednej zmiany, co mu się zdarzało na poprzednich zawodach. W końcu tyle się dzieje, tutaj budka startowa, tu ktoś chodzi, flaga powiewa, a on ma raz-dwa, raz-dwa przebierać nogami…! Mam nadzieję, że to nie był pomocny efekt hali, tylko coraz lepsza głowa Skwarożka.

IMG_6066Podgląd na Skwarego piruety – rezultat pracy z ostatniej kliniki z Elaine. Nie do uwierzenia, że kłoda tego zapadniętego górną linią konia może wyglądać po prostu… normalnie. Dla każdego konia taki ruch to praca na 100% normy, dla Skwarka – na 150%. Nie tylko musi wykonać trudny element, ale również włożyć mnóstwo siły w podniesienie grzbietu, kiedy jego ciało podpowiada mu, że powinien plecy i brzuch pozapadać i zwiesić. Szacun Skwary! Przeglądałam niedawno nasze bardzo stare zdjęcia – prawdę mówiąc złamanego grosza nie dałabym za to, że ten koń w ogóle będzie mógł tak wyglądać… I uwaga – za piruet w arkuszu wpadła nam nawet… ósemka 😀

IMG_6141 IMG_6142

Oby tak dalej, praca ze Skwarożkiem idzie zdecydowanie w dobrym kierunku. I to nie tylko z nim – na wiosnę na czworobokach będzie mógł zrobić swoje wejście smoka Zombie, młode też się pięknie ujeżdżają – serce roście :) A ja powoli oglądam na Ebayu fraki. Jeszcze tylko przydałaby się wygrana w Lotto albo uśmiech jakiegoś sponsora, żeby można było całą tę ekipę zabierać na zawody 😉

18 comments

Skip to comment form

  1. Anna Maria

    W przyszłości miałabyś zamiar startować osobiście na Twoich ogonach czy wolałabyś ,żeby to Pan Marcin prezentował konie na zawodach? Masz już w tym temacie jakieś plany ? Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów z koniem ( wertując czasem wątki na volcie widzę nieraz stare zdjęcia Skwarka i sama nie dowierzam ,jak cudowną postawę udało się ciężką pracą u niego wyrobić ) 😉

    1. quanta

      W ogóle nie myślę o zawodach i nie skupiam na temacie startów. Ot, Skwar ma w tej chwili wykupioną licencję na startowanie, Aromer blisko, a mieliśmy ostatnie ZO w tym roku – więc w sumie niech sobie pojedzie.
      Konie mam dla własnej frajdy, dają mi niesamowitą inspirację na co dzień, a moim celem jest uczyć się dobrze z nimi pracować i stawać jak najlepszym jeźdźcem. Wciąż nie jestem przekonana, czy zawody są mi do tego niezbędne.

      1. Sivens

        Może nie są niezbędne, ale to fajne urozmaicenie. Aż wstyd, żeby osoba z takimi końmi i takimi umiejętnościami nigdzie się nie pokazywała. Z jednej strony to godne podziwu podejście… Na co dzień raczej mam do czynienia z odwrotną sytuacją kiedy zawody są ważniejsze niż porozumienie, poprawny trening od podstaw i własny progres. Jednak z drugiej strony fajnie byłoby oglądać Cię na czworobokach, bo masz co pokazać.

  2. rybka

    Gratulacje dla całej Trójki !!!! Twoja mina na fotkach mówi wszystko :) Fantastycznie patrzeć na tak zadowoloną Pańcie :)

  3. Natalia

    Gratulacje, Skwary pięknie wygląda :) Trzymam kciuki za Twój debiut.

  4. Ewelina

    Gratulację
    Piękny Skwarożek. Czytuję Twoje posty od początku i konik zmienił się nie do poznania. Wygląda jakby go ktoś skrócił w kłodzie o dobre pół metra a mięśnie zadu dwa razy większe.
    Pracuję teraz właśnie z takim „dłuższym w kłodzie” wałachem i jesteście moim wzorem do naśladowania w pracy zmuszającej konia do zaangażowania pleców i zadu. Na razie widać że brzuch się wciąga bo popręg coraz ciaśniej zapinamy i czuć wreszcie pod tyłkiem że koń pracuje tylnymi nogami a nie tylko się nimi odpycha od podłoża. Czekam na wasz debiut na czworobokach.
    Pozdrawiam

  5. iza

    Cudnie byłoby Cię podziwiać na czworobokach! trzymam kciuki za dalsze sukcesu Twarożkowego Teamu!

    tak tylko wspomnę. najnowszy wpis nie dziala. na 4 przeglądarkach i trzech komputerach :( po kliknięciu mam takie cuś
    https://lh4.googleusercontent.com/-j84EmF43m34/VEfA5V53BCI/AAAAAAAAPAI/QXcIk0zhMIk/s800/Bez%25C2%25A0tytu%25C5%2582u.jpg

    Poprawione, Quanta :)

  6. quanta

    To ja będę paskudna i napiszę tak: mam nadzieję, że ktokolwiek trzyma kciuki za pracę na co dzień z tymi zwierzakami i za to, żeby potrafiły poprzez trening przezwyciężać własne słabości i mankamenty – a nie tylko kciuki za wytuptanie trasy w galowym ubranku przez sędziowską budką. Taką frajdę, jak na zdjęciach, to ja mam nawet z prostej lonży, na której zwierz poradzi sobie z nową kombinacją kawaletek, albo nauczy się szybciej rozluźniać w galopie. Konie są wspaniałe, a praca z nimi fascynująca – nawet, jeśli nigdy w życiu nie kupię fraka i białych bryczesów, moje podejście absolutnie się nie zmieni :)

    1. Lee

      Zgadzam się. Droga do celu jest równie pasjonująca, co sam cel. Nawet małe rzeczy cieszą i dają energię do dalszej pracy. Jasne, że na zawodach rozpiera duma i radość, ale to te setki godzin pracy z koniem są najcenniejszą rzeczą.

      L.

      1. quanta

        No nie do końca tak to rozumiem, tzn. dla mnie pasjonujący jest sam cel, a nie tylko tajemnicze dążenie do. Tylko moim celem jest szczęśliwy, sprawny, zdolny do wyczynowego wysiłku koń, który jest doskonale ujeżdżony, super przyjemny do jazdy, zgrany z jeźdźcem – taki, z którym z dnia na dzień nie mogę się aż doczekać, kiedy wsiądę na trening. Moim celem nie jest wystartowanie – chociaż nie wykluczam, że w pewnym momencie może być ważne dla konia i przez to będzie środkiem do uzyskania mojego celu.
        Trochę dziwi mnie, dlaczego na starty w jeździectwie jest nakładana taka emfaza. Czy jeśli ktoś maluje obrazy, to powinien to robić dla osiągnięcia celu, którym stanie się zobaczenie swoich prac w paryskim Luwrze? Praca z koniem to twórczy i kreatywny proces – zupełnie jak malarstwo. Interesują mnie rozwijanie warsztatu, doskonalenie mojej techniki, stawanie się coraz lepszym i oczywiście nienaganny i niezwykły efekt. Nie interesuje mnie publiczny pokaz moich prac 😉

  7. Marysia

    Mogę Ci zadać dwa pytania? ostatnio nurtuje mnie kilka kwestii.

    1) ułożenie ręki jeźdźca. spotkałam się z założeniem, że ręka jeźdźca powinna iść „do góry”, „podnosić konia” (obrazek jak z czworoboków). Ok, rozumiem cel i sens. Chcemy, żeby koń uniósł przód i zaangażował zad a nasza sylwetka mu to wskazuje. Lepszy obrazek niż jeźdźca z niską ręką, którego wodza wskazuje po prostu koniowi kierunek w dół, koń sobie schowa nos a jeździec szczęśliwy, że koń zganaszowany. Ale co, jeśli nie siedzimy na ujeżdżeniowej maszynie, tylko na młodym koniu? Jak powinna się zmieniać sylwetka konia na przestrzeni czasu? Czy najpierw koń powinien sobie iść po prostu aktywnie i na kontakcie, kolejny etap to zaproszenie do zejścia w dół, żeby zbudował sobie mięśnie pleców, a potem podniesienie potylicy do góry i mocniejsze zaangażowanie zadu? masz może zdjęcia Twoich koni jak zmieniała się ich sylwetka, a co za tym idzie, pozycja jeźdźca? albo odwrotnie- pozycja jeźdźca a sylwetka konia? wiem, że nie ma jedynej słusznej drogi, ale od pewnego czasu się nad tym zastanawiam. Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi :)

    2)druga sprawa to zwroty na przodzie. Mam młodego konia i uczymy się robić zwroty na przodzie. Od lewej łydki jest super, gorzej z prawą, koń nie chce zaangażować prawej tylnej nogi. Ale nie do tego tyczy się moje pytanie. Koń zamiast odejść od nacisku w bok, a raczej przesunąć zad, „ucieka” do przodu. I tu moje pytanie- jedna trenerka powiedziała „bardzo dobrze, że ucieka do przodu, to lepiej niż gdyby się cofał” a druga powiedziała „to źle, już lepiej, gdyby się cofał, wtedy lepiej byłoby go nauczyć”. Moje pytanie jest bardziej teoretyczne, bo zaczęłam się zastanawiać nad tym zagadnieniem. Rozumiem stanowisko pierwszej trenerki- ruszenie konia do przodu zwiększa prawdopodobieństwo wstawienia zadniej nogi pod kłodę, natomiast gdyby koń zaczął się cofać a my dalej próbujemy go przesunąć, wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że tylna noga wyląduje „za” koniem, co mija się z celem ćwiczenia. Nie miałam jeszcze możliwości porozmawiania na ten temat z drugą trenerką, ale tutaj domyślam się, że podczas cofania angażujemy zadnie nogi i może przy pomocy z ziemi łatwiej jest wtedy „przepchnąć” nogę, żeby zamiast kolejnego kroku w tył poszła w bok? Wiem, że to trochę zakręcone, nie wiem, czy rozumiesz o co mi chodzi 😉

    a trzecia sprawa, która przyszła mi teraz do głowy- mogłabyś napisać jakieś ćwiczenia na urozmaicenie jazdy? mam do dyspozycji młode konie, więc zaawansowane ćwiczenia póki co odpadają, a mi zaczynają się kończyć pomysły- robię różne przejścia, skrócenia, wyciągnięcia, wolty i koła, serpentyny, wprowadzamy ustępowania, łopatki i kontrgalopy. Możesz polecić jakieś fajne zestawienia tych ćwiczeń? Teoretycznie to co robię powinno wystarczyć, ale może są jeszcze jakieś inne kombinacje, o których rzadko się mówi 😉

    dziękuję za uwagę i czas poświęcony na przeczytanie moich wypocin :)
    świetny blog!

    1. quanta

      Bardzo ucieszył mnie Twój komentarz, fajnie poczytać, że ktoś ma tak wiele jeździeckich przemyśleń – tak trzymać! :)

      Odpiszę na raty, bo jak zwykle zjada mnie czas (właśnie na drugim monitorze przebijam się równolegle przez firmową papierkologię…).

      1. Wysoka ręka jeźdźca to nigdy nie jest nic dobrego. Mądrzy trenerzy mówią, że im wyżej jeździec podnosi rękę, tym niżej spadnie nosem do dołu koń. Front konia podnosi się dzięki zaangażowanemu zadowi i pracującym plecom – to jest tzw. relatywna sylwetka konia (czyli względna – im niżej opuści się zad, im więcej uginają stawy skokowe, tym wyżej podnosi kłąd, szyja oraz końska głowa). Wielu jeźdźców, szczególnie tych jeżdżących z wysoką ręką próbuje podnosić konia właśnie działaniem ręki oraz wodzy. Taki koń pracuje w postawie absolutnej (całkowitej, czyli przód jest wysoko, zad jest wysoko). W ten sposób koń nie może się prawidłowo nosić, pracować, dźwigać jeźdźca i jeżdżenie konia w absolutnej postawie / sylwetce / zebraniu jest prostą i szybką drogą do kontuzji.
      Na początku pracy z Zombim wydawało mi się, że uda mi się go unieść wysoką ręką – na szczęście pani Ania Bienias szybko wybiła mi z głowy takie pomysły.
      Nie jeżdżę młodych koni tylko i wyłącznie do dołu – to jest wymagające i wyczerpujące zadanie. Trening zaczynam z ustawieniu roboczym – czyli możliwie zbliżonym do naturalnego noszenia szyi danego konia, oczywiście przy przepuszczalnej potylicy i na kontakcie. W ten sposób jadę wykonując standardową gimnastykę, dopóki koń nie zaczyna wykazywać oznak rozluźnienia – dopiero wtedy proszę o żucie i jeżdżę konia w dół. Na rozciągnięciu i rozluźnieniu pracy nie kończę, tylko ten moment traktuję jako końcowy etap rozgrzewki – po nim można wrócić do ustawienia treningowego, wykonać kilka trudniejszych ćwiczeń, a jeśli koń jest na to gotowy, pozwolić mu chwilę nieść się wyżej.
      Zaczynanie treningu z młodym, świeżym, nabuzowanym młodym koniem od proszenia go o żucie może się w wielu wypadkach mijać z celem, chyba, że ktoś ma niezmiernie wyluzowanego i umiarkowanie ruchliwego czterolatka 😉 Ja nie mam – dla moich koni najlepszym przygotowaniem do żucia i zaproszeniem do rozluźnienia jest aktywna jazda do przodu.
      U doświadczonego konia, jakim jest Skwarek, zaczynam pracę zawsze od jazdy z ustawieniu nisko i na okrągłej szyi. Skwar jest na tyle wyszkolony, że może sobie z tym zadaniem poradzić niezależnie od tego, czy jest nabuzowany, spięty, w gorszym humorze, albo krzywo przespał się w nocy i wolałby nie rozciągać którejś swojej strony. W Skwarka połowa treningu to jazda do dołu, druga połowa to już zaawansowane elementy ujeżdżenia.

      A zdjęć mam mnóstwo, będę na pewno wrzucać jakieś zestawienia przed i po, bo sporo ich po drodze powstaje. Konie w pracy zmieniają się niesamowicie.

      1. Marysia

        dziękuję za odpowiedź :) tak już mam, że jak coś robię, to staram się o tym myśleć i zawsze pojawiają się jakieś wątpliwości.
        bardzo ciekawe z tą ręką i w zasadzie ma sens. właśnie dlatego o tym pomyślałam, bo miałam okazję obserwować parę, której polecono (nie parze, a jeźdźcowi oczywiście 😉 ) podnieść rękę trochę wyżej. I o ile koń, z którym wtedy odbywała się praca był nieźle wyszkolony i umięśniony, to ten sygnał był dla niego jasny i w połączeniu z pomocami aktywizującymi podstawił zad a przód się uniósł. Natomiast taka jazda na nieumięśnionym i „podstawowo” wyszkolonym koniu wyglądała właśnie tak, jak opisałaś…stąd mój dylemat.
        Z sylwetką konia i jazdą do dołu nie miałam oczywiście na myśli tego, żeby młodego konia jechać cały czas w dole, ale że na tym etapie jest to ustawienie docelowe, które w czasie treningu staramy się osiągnąć i w nim pracować.
        Jeszcze raz dziękuję i czekam na ciąg dalszy :)

  8. Iwona

    Po poprzednich zdjęciach Skwarka miałam trochę zarzutów, ale po klinice naprawdę widać różnicę!! Piruety – wow :)

    1. quanta

      Skwarek choćby najlepiej jeżdżony nigdy nie będzie do końca normalny i raczej nigdy nie będzie wzorem konia pracującego pod siodłem. Trochę mi z tego powodu przykro, bo Skwar naprawdę niesamowicie się stara. Odpalając pasaż wkłada w ten ruch całego siebie i musi pilnować wszystkich części skwarkowego ciała, wyciągając z siebie 150% normy: a to, żeby unieść plecy, a to, żeby podstawić zad, a to, żeby dźwignąć brzuch. Mimo trudów Skwarek chce się tak bawić, a efekt końcowy jest naprawdę dobry. Tymczasem Zombie zaczął ostatnio pasażować… i robi sobie pasaż od niechcenia, nie specjalnie się tym przejmując, ani też niespecjalnie starając. I jego takie byle-o-pasaż-co-mi-tam-zależy jest wybitny i wygląda szałowo. Gdzie tu sprawiedliwość?

  9. FloriaTosca

    Hej Quanta! Nie znamy się osobiście, jednak Twoja osoba jest mi bardzo bliska… jeżeli można tak to określić :) Już tłumaczę dlaczego. Praktycznie od początku mojej przygody jeździeckiej obserwuję Twoją pracę z końmi. Głównie jako użytkownik Revolty śledzę zachodzące w Tobie i Twoich koniach zmiany. Nawiązuję do tego, ponieważ w czasie kiedy Ty kupiłaś Skwarka, ja na poważnie „wkręciłam” się w konie, a internet stał się dla mnie kopalnią wiedzy na temat jeździectwa. Można więc powiedzieć, że nasze działania zbiegły się w czasie. Minęło sporo czasu od „naszych” początków (nie wiem dokładnie ale to już chyba 5 czy 6 lat…) i muszę przyznać, że nasze „kariery” okazały się skrajnie różne.
    Zawsze byłam zauroczona Tobą (tak Tobą :)) i Twoimi końmi. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jaki poziom udało Ci się osiągnąć, ale także wiedzy którą posiadasz. Wiem ile wysiłku kosztuje zdobycie jej samemu, zwłaszcza kiedy nie pochodzi się z rodziny o tradycjach jeździeckich, albo nie zaczyna się jeździć w wieku lat 5 na wypasionym kucyku z wybitnym trenerem oczywiście podsuniętym na tacy przez rodziców.
    Do tej pory, patrząc na Twoją galerię lub czytając wpisy na blogu, myślałam tylko w jeden sposób: „Kurcze, przecież ta dziewczyna wszystko ma… klasowe konie, wspaniałych trenerów, świetny sprzęt. Na pewno robi tylko postępy, nie ma problemów treningowych, a jak wsiada na konia to wszystko wychodzi jej idealnie. Po kilku latach robi piaff i pasaż, a ja nadal mam wątpliwości jak ustawić konia na pomoce”. Myślałam tak do dzisiaj… Póki nie wczytałam się w komentarze do wpisu o ignorancji. Piszesz tam o tym z jakimi problemami walczyłaś, ile słabości musiałaś przezwyciężyć i ile czasu i pracy włożyć, aby uzyskać taki obraz. Bardzo dziękuję Ci za ten wpis. Jest niesamowicie ludzki i mi bardzo bliski… I w tym momencie do mnie dotarło, że rzeczą która najbardziej mnie hamuje jeździectwie nie jest brak kasy, odpowiedniego konia, nie to że zaczęłam jeździć mając blisko 20 lat a nie 5, ale moja własna psychika i podejście.
    Gdy Ty parłaś na przód i nie zrażałaś się porażkami, ja kilka razy rzucałam jeździectwo, później znów wracałam, cały czas się zastanawiając czy ja oby się do tego nadaję, czy mam to coś, może szczyptę talentu… W moim przypadku porażki nie stają się motorem do dalszych prób i chęci zmian, ale działają raczej ograniczająco. Wpadam wówczas w kłąb myśli, że dobrzy jeźdźcy wcale nie walczą z problemami, że oni urodzili się w siodle, mają super dosiad bo tak po prostu mają, bez wysiłku, a ich konie super chodzą bo po prostu mają talent i ich ciała działają w idealny sposób.
    Jestem Ci wdzięczna za wpisy na blogu. Warto się w nie wczytywać, a nie wpatrywać w zdjęcia a tekst przelatywać oczami. Teraz to wiem! Pokazałaś mi, że nawet najlepsi mają gorsze dni, a to co pokazują na czworoboku jest wynikiem ciągłej pracy i poszukiwania… Poszukiwania pozytywnych odczuć.
    Mając takie podejście, jak ja do tej pory, nic się nie osiągnie w jeździectwie (i nie tylko). Do tej pory bałam się zmienić trenera bo za wszystkie niepowodzenia na treningach obwiniałam siebie. No ale to może on nie dysponuje taką wiedzą i warsztatem, żeby mi pomóc? To, że on nie daje z siebie wszystkiego, to nie jest brak mojego progresu, ale jego ignorancja…? Czy przyznanie, że ten trener mi nie odpowiada ma być traktowane jak porażka… to raczej jego porażka, że nie potrafił tak zająć się parą, żeby chciało się tylko z nim pracować!
    Podejście i nastawienie do chyba większa część sukcesu w jeździectwie. Oczywiście samokrytycyzm jest w tym konieczny, bo bez niego żadne postępy nie są możliwe, ale poddawanie się bo coś nie wychodzi też do niczego nie prowadzi. Trzeba sobie uświadomić, że nawet wybitni jeźdźcy niczego nie osiągnęli od tak, pstryknięciem w palce i już jest. To co prezentują jest efektem wielu godzin maglowania i powtarzania tych samych ćwiczeń… Tak jak piszesz trzeźwe i inteligentne podejście do jeździectwa jest nieodzownym elementem treningu. Tak jak ciało swoje i konia, trzeba trenować też umysł. Głowa to najważniejsza z pomocy. Dobrze jeżeli ma się trenera, który wspiera jeźdźca w uporządkowaniu emocji i myśli, jeżeli jest inaczej to warto przemyśleć jego zmianę… :)
    Dzięki takim osobom jak Ty ujeżdżenie w Polsce idzie na przód, a wiedza staje się dostępna dla wszystkich, a nie tylko dla wybrańców.
    Dziękuję Quanta!! :)
    PS. Będę wdzięczna za kilka słów komentarza 😉

  10. quanta

    FloriaTosca, zgoniona jestem strasznie teraz, bo tydzień spędziłam w Polsce w pracy, a od wtorku znowu ruszam w niemiecką trasę (tym razem zaczepiając o Bawarię).
    Ujeżdżenie jest nie tylko dla wybranych, ale również i tak naprawdę przede wszystkim dla tych normalnych. Ja jestem normalna, uczę się, jeżdżę głównie dla frajdy i rozwoju (a nie wyników i plakietek). Zaczęłam się bawić w konie dość późno, popełniam błędy, z wieloma rzeczami sobie nie radzę, w niektórych pewnie nigdy nie będę dobra – ale coraz więcej wiem, rozumiem, umiem, potrafię zrobić. Jeżdżę sporo koni i dzięki temu mam własne obserwacje, poparte jakąś tam praktyką, a nie tylko przeczytaniem rozdziału książki z pięknym zdjęciem super jeźdźca i super konia (bo dziwnym trafem i super jeźdźców i super koni w rzeczywistości nie ma, i jedni i drudzy mają swoje problemy).
    Jestem więcej niż pewna, że koń Zombie byłby dla 99% jeźdźców decyzją o rezygnacji z jeździectwa – i nie piszę tego, żeby się chwalić czy podkreślać mój niezmierny jeździecki kunszt. Piszę to po to, żeby zdać sobie sprawę, że nie ma idealnych koni, a nawet to, co wygląda jak fajny i lekki obrazek jest okupione masą systematycznej i konsekwentnej pracy. Większość z nas na co dzień boryka się ze zwątpieniem, zniechęceniem – bo koń nas przede wszystkim ciągnie za rękę, jest nieprzepuszczalny, sztywny, a jazda na nim to średnia przyjemność. To nie jest jakiś wyjątkowy zbieg okoliczności, prawie zawsze tak wygląda poziom startowy. Konie, które mają wrodzoną lekkość, łatwość ustawienia na pomocach i pchają się zadem na równy i elastyczny kontakt do ręki, to konie z ogromnym talentem i naprawdę niezbyt często się takie egzemplarze trafiają. Cały szkopuł w tym, że musimy dopiero nauczyć je, jak mają pracować, jak się zachowywać, jak reagować i czego tak naprawdę od nich oczekujemy. Niestety, tu zaczyna się rola mądrych trenerów, których prawie nigdzie nie ma… Mi samej wcale nie było łatwo trafić do takich osób.
    A konie? U mnie w stajni parkują same fajne i konie i dam sobie rękę uciąć, że nie ma takiego jeźdźca, który nie chciałby czegoś poprawić u swojego rumaka.

    Nie każdy koń będzie czempionem, ale z każdego da się zrobić poprawnego wierzchowca, a jeśli tylko koń chce współpracować, to mamy szansę na wspaniałego, chętnego partnera na każdy dzień prawdziwej frajdy, jaką daje jeździectwo :)

    Tylko do tego wszystkiego trzeba się uczyć, i chcieć uczyć, stawiać przed sobą cele, być systematycznym i nastawić na to, że na wiele rzeczy potrzeba czasu, a nie będzie łatwo po drodze stawiać czoła najróżniejszym problemom. Ja swoim jeźdźcom mówię, że nie mogę im obiecać żadnych konkretnych efektów, ale kiedy się obejrzą wstecz, to nie będą mogli uwierzyć w to, co było 3 miesiące temu, co było pół roku temu. Różnica będzie gigantyczna, a oni sami będą klepali się w czoło nie mogąc uwierzyć, że czegoś wcześniej nie wiedzieli albo nie umieli 😉

    Floria, trzymam kciuki za Ciebie i Twoją wiarę w jeździectwo :) Jeśli to Ci daje frajdę, to po prostu musisz to robić! Konie są jak wirus, jeśli się je raz złapie, to człowiek już do końca życia zostaje nosicielem.

    1. FloriaTosca

      Quanta, wiesz, w tych kilku słowach zawarłaś chyba wszystko to co potrzebowałam usłyszeć… Szczerze, to miałam wielkie opory przed napisaniem czegokolwiek, ponieważ nie wiedziałam czy w ogóle będziesz chciała rozmawiać z kimś takim jak ja :) A tu dostaję taką odpowiedź, po której uśmiech aż mi się pcha na usta! Dziękuję! Bardzo dziękuję, przede wszystkim za wsparcie. Jest ono dla mnie bardzo cenne, ponieważ jesteś praktykiem i, tak jak piszesz, sama przechodziłaś chwile zwątpienia, więc możesz mnie zrozumieć. Teraz za każdym razem, gdy dopadnie mnie załamka będę wracać do Twoich słów, żeby przypomnieć sobie, że praca z koniem to proces i nie można oczekiwać ciągłego progresu.
      Dla mnie konie są też jak wirus, zakochana jestem w nich od dziecka i tak na prawdę zawsze gdzieś w moim życiu były. Nie mogę z nimi zerwać, są jakby częścią mnie. Czasem dalej, czasem bliżej, ale zawsze były. Trochę dyktują sens mojemu życiu. Do tego jestem osobą ambitną, dlatego czasem jest mi ciężko się pogodzić z własną niedoskonałością czy brakiem umiejętności. Myślę sobie wówczas „jak można coś tak kochać i być w tym takim kiepskim”? Ale czy to nie jest tak że stawiam przed sobą za duże wymagania…? Chyba trochę tak 😉 Każdy potrzebuje czasu, jedni więcej, drudzy mniej, ale ja może, z racji wieku, trochę za bardzo go liczę. Dzieciaki nie liczą lat i tu się nagle okazuje, ze jeżdżą już 15, a ja żeby mieć taki staż to jeszcze muszę 10 jeździć, czyli będzie prawie 40 na karku… Masakra 😀 Wiesz, jeszcze do tego wątpliwość co do umiejętności trenera, no niby gada z sensem, ale czy to daje rezultaty? Jeździectwo na pewno nie należy do łatwych, jest kosztowne finansowo i fizycznie, ale jak coś się kocha…Na każdy problem jest jakieś rozwiązanie, trzeba tylko ruszyć d… i szukać, a nie załamywać ręce. Tak teraz uważam… dzięki Tobie! :)
      Quanta, myślę, że robisz coś wielkiego dla polskiego jeździectwa. Nasz problem, jako kraju, jest taki, że jeździectwo uważane jest za sport elitarny, ludzie bardzo niechętnie dzielą się wiedzą, a jak ktoś już coś umie to ma się za Boga. I to właśnie błąd, droga donikąd… Na zachodzie jest mnóstwo publikacji, filmików szkoleniowych itp. A u nas…nic! Strzeżona wiedza dla wtajemniczonych. Ty jesteś otwarta, dzielisz się wiedzą i doświadczeniem. W takich ludziach jest nadzieja!!!!!

      PS. Quanta miałabym kilka pytań odnośnie kontaktu z pyskiem konia i ustawieniu konia na wędzidle. Czy planujesz wpis na ten temat? Czy mogę zadać te pytania na forum – dość sporo mi tego wyszło i stąd moje pytanie :/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *